Spółka lekarzy wyciągała 26 tysięcy za godzinę? Kulisy kolejnej wielkiej afery w służbie zdrowia i porażające zarobki

Wstrząsające ustalenia dziennikarskie odsłaniają kulisy procederu, który wprost pokazuje, jak dziurawy i podatny na cyniczne manipulacje bywa polski system publicznej służby zdrowia. W małych, powiatowych lecznicach – takich jak szpital w Mogilnie czy w Miastku – prywatna spółka medyczna stworzyła sobie prawdziwe eldorado.
Efekt? Urzędnicy NFZ nałożyli gigantyczne kary, a lokalne placówki, zamiast leczyć pacjentów, stoją dziś na progu upadłości i nie mają pieniędzy na wypłaty dla pielęgniarek.
Umowy bez przetargu i „sobotnia taśma”
Mechanizm, który bada obecnie prokuratura i Centralne Biuro Antykorupcyjne, poraża swoją prostotą. W lipcu 2023 roku ówczesna dyrektor szpitala w Mogilnie (w przeszłości kierująca... m.in. teatrem dramatycznym) podpisała skrajnie niekorzystną umowę ze spółką neurochirurgiczną z Bydgoszczy.
Bez konkursu ofert, bez twardych negocjacji.
Zgodnie z zapisami kontraktu, prywatni lekarze zagwarantowali sobie aż 65 procent wyceny każdego zabiegu z NFZ. Dla porównania – rynkowy standard to maksymalnie 30–40 procent, ponieważ to szpital ponosi koszty utrzymania sal operacyjnych, personelu pomocniczego, prądu i sterylizacji narzędzi.
Prawdziwy festiwal pazerności odbywał się jednak w soboty:
-
Do małego szpitala przyjeżdżał jeden lekarz ze spółki.
-
W ciągu zaledwie 4–5 godzin potrafił „taśmowo” przyjąć od 20 do nawet 50 pacjentów.
-
Zamiast skomplikowanych operacji, wykonywano kilkuminutowe nakłucia uśmierzające ból kręgosłupa (tzw. termolezję).
Ponad 26 000 zł za godzinę pracy? Porażające wyliczenia
Klucz patologii tkwił w dokumentacji medycznej. Jak wykazała kontrola Narodowego Funduszu Zdrowia, lekarze wykonywali proste, kilkuminutowe zabiegi ambulatoryjne (warte w NFZ ok. 1,5 tys. zł), ale w dokumentach sprawozdawali je jako drogie, skomplikowane procedury szpitalne (wyceniane na ponad 6,5 tys. zł), które wymagają wielodniowego pobytu pacjenta na oddziale.
Skala bezczelności: W rzeczywistości żadnych hospitalizacji nie było. Pacjenci po kilku minutach wracali do domów, ale szpital – na podstawie wpisów lekarzy – żądał od państwa maksymalnych stawek.
Dzięki temu biznesowemu układowi, w jedno tylko sobotnie przedpołudnie spółka potrafiła wystawić fakturę na ponad 100 tysięcy złotych. Daje to astronomiczną stawkę rzędu 26 tysięcy złotych za jedną godzinę pracy jednego medyka.
Z kolei w szpitalu w Miastku (województwo pomorskie) jeden z lekarzy miał przeprowadzić rekordowe 73 zabiegi w ciągu niespełna dwunastu godzin. Taka jednodniowa „dniówka” mogła przynieść spółce ponad 300 tysięcy złotych!
„Turystyka kręgosłupowa” i miliony wyciągnięte z systemu
Co ciekawe, proceder ten w ogóle nie służył lokalnej społeczności. W Mogilnie na 549 zoperowanych pacjentów aż 548 przyjechało z zupełnie innych zakątków Polski. Kierowali ich tam sami lekarze powiązani ze spółką. Niektóre osoby w ciągu zaledwie dziewięciu miesięcy kładziono na stół pięciokrotnie.
Eksperci medyczni i konsultanci wojewódzcy wprost mówią o „wytworzeniu fikcyjnej dokumentacji” w celu ordynarnego wyłudzenia publicznych środków. W jednym tylko Miastku skalę możliwych nadużyć oszacowano na blisko 13 milionów złotych.
Prywatny zysk, publiczna tragedia. Kto za to zapłaci?
Finał tej historii jest tragiczny dla polskiego podatnika i pacjentów z mniejszych miast. Ponieważ umowę z NFZ podpisuje szpital, a nie prywatna spółka, to na publiczną placówkę spadły konsekwencje.
NFZ bezwzględnie podsumował kontrolę: szpital w Mogilnie musi zapłacić ponad 2,6 miliona złotych kary za fałszowanie trybu leczenia. Obecny dyrektor placówki, który przejął stery po poprzedniczce, natychmiast zawiadomił prokuraturę o działaniu na szkodę szpitala.
Lokalna lecznica nie ma dziś pieniędzy na wypłaty dla personelu na lipiec, na koncie siedzi komornik, a bezczelna lekarska spółka… żąda od szpitala kolejnego miliona złotych za zaległe faktury. Tymczasem od 2022 roku firma ta, wbrew prawnemu obowiązkowi, nie złożyła ani jednego sprawozdania finansowego, co również bada prokuratura.
To jaskrawy przykład patologii, w której publiczny grosz, zamiast trafiać na systemowe leczenie najuboższych i modernizację powiatowej infrastruktury, szerokim strumieniem płynął do kieszeni wąskiej grupy biznesmenów w kitlach. Czy winni urzędnicy i lekarze poniosą surową odpowiedzialność karną, czy sprawa rozejdzie się po kościach w gąszczu prawniczych kruczków? Do tematu będziemy wracać.
źr. wPolsce24 za WP.PL











