UJAWNIAMY: To było rozbrojenie na rozkaz Berlina. Rząd Tuska oddał polskie „srebra rodowe”. Co dostał w zamian od Ukrainy?

Nie jest tajemnicą, iż w relacjach międzynarodowych i polityce bezpieczeństwa naganna jest tylko jedna rzecz: bezgraniczna, podszyta kompleksami naiwność. Niestety, z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia w przypadku najnowszych decyzji rządu Donalda Tuska dotyczących obronności kraju.
Gdy na szali kładzie się bezpieczeństwo własnych obywateli i najnowocześniejsze systemy antyrakietowe, poważne państwa prowadzą twardy, transakcyjny handel. Rząd w Warszawie wolał jednak wejść w rolę gorliwego wykonawcy berlińskich instrukcji, oddając bezwzględnie bezcenne zasoby za mgliste obietnice i uściski dłoni.
Berliński sufler i inicjatywa Pistoriusa
Aby zrozumieć mechanizm, w który dała się wciągnąć Warszawa, należy cofnąć się do działań niemieckiego ministra obrony. Jak ujawnił „Der Spiegel”, to szef resortu obrony Niemiec, Boris Pistorius (SPD), stał się głównym architektem i „organizatorem” pakietu nowoczesnych pocisków przeciwlotniczych i przeciwrakietowych dla Kijowa.
Niemiecki minister, zaniepokojony topniejącymi zapasami i globalnym kryzysem na rynku uzbrojenia wywołanym m.in. eskalacją na Bliskim Wschodzie, wyszedł z „niezwykłą inicjatywą”. Zaoferował, że Berlin odda zaledwie pięć pocisków PAC-3 z własnych zapasów Bundeswehry, pod warunkiem, że europejscy partnerzy dorzucą kolejnych trzydzieści. Ta sprytna zagrywka dyplomatyczna pozwoliła Niemcom kreować się na liderów pomocy, podczas gdy realne koszty i ryzyko rozbrojenia własnych systemów przerzucono na inne stolice. W tym na tę najgorliwszą – Warszawę.
Polska, posiadająca nowoczesne pociski PAC-3 MSE - zakupione za miliardy z kieszeni polskich podatników - bez wahania odpowiedziała na to wezwanie. Zamiast twardych negocjacji i asertywnej postawy, rząd Tuska zdecydował się uszczuplić nasze i tak skromne zapasy strategiczne.
Polskie „srebra rodowe” oddane za darmo?
Pociski PAC-3 MSE to absolutny szczyt technologii wojskowej, unikalne narzędzie zdolne do niszczenia rosyjskich rakiet balistycznych. To, jak pisał Zbigniew Parafianowicz na łamach Wirtualnej Polski, nasze wojskowe „srebra rodowe”. Każdy taki pocisk, to koszt rzędu kilku milionów dolarów oraz lata oczekiwania na dostawy z USA.
W normalnych realiach geopolitycznych, oddanie tak cennej technologii musiałoby wiązać się z gigantycznym ekwiwalentem: natychmiastowym uzupełnieniem zapasów przez sojuszników, transferem nowoczesnych technologii (np. unikalnych ukraińskich licencji na drony dalekiego zasięgu typu Lutyj) bądź realnym, twardym zaangażowaniem w obronę polskiego nieba.
Co dostaliśmy w zamian? Oficjalne komunikaty i analizy nie pozostawiają złudzeń, nie ma mowy o żadnym twardym ekwiwalencie zbrojeniowym. Zamiast tego polska opinia publiczna karmiona jest mglistymi opowieściami o „dialogu dwustronnym” zapisanym w polsko-ukraińskiej umowie o bezpieczeństwie z 2024 roku oraz ogólnikami o możliwości „oceny zasadności przechwytywania pocisków” nad zachodnią Ukrainą.
Kijów odrzucił polskie starania o pozyskanie technologii dronowych w zamian za sprzęt, uznając chociażby nasze samoloty MiG-29 za zbyt mało wartościowe. Jednocześnie ukraiński przemysł woli wchodzić w głębokie sojusze technologiczne z Danią czy Szwecją. Rząd w Warszawie, oddając kluczowe efektory systemu Patriot, zadowolił się dyplomatycznym poklepywaniem po plecach z Berlina i Kijowa.
Geopolityczny bilans naiwności
Bilans tej operacji dla państwa polskiego jest porażający. Pod dyktando niemieckiej dyplomacji, która sama oszczędzała własne zasoby, Polska oddała broń o krytycznym znaczeniu dla ochrony własnych miast, baz logistycznych i infrastruktury krytycznej.
Ponieśliśmy koszt przekraczający 250 milionów złotych, a przecież pieniądze - także tu - to nie wszystko. Czas oczekiwania na wyprodukowanie nowego pocisku przez koncern Lockheed Martin wynosi obecnie około 2 lat. Oddając te rakiety dzisiaj, rząd Tuska stworzył lukę w obronie polskiego nieba, której nie da się szybko załatać, nawet mając gotówkę w ręku.
Nie jest tajemnicą, iż inflacja w sektorze zbrojeniowym szaleje. Rakiety, które kupiliśmy kilka lat temu w ramach I fazy programu Wisła, dzisiaj przy ponownym zamówieniu będą znacznie droższe. Oznacza to, że za odkupienie tego, co teraz oddajemy za darmo, zapłacimy w przyszłości o kilkanaście procent więcej.
Suwerenna polityka zagraniczna i obronna wymaga odrzucenia postawy „prymusa”, który bezrefleksyjnie oddaje najcenniejsze zasoby na każde zawołanie silniejszych sąsiadów. Jeśli Polska oddała pociski PAC-3 MSE bez twardego, natychmiastowego i ekwiwalentnego transferu zdolności obronnych do naszego kraju, to po raz kolejny udowodniła, że obecne elity rządzące reprezentują szkołę politycznej naiwności.
Szkołę, za której błędy w razie godziny „W” zapłacą wszyscy Polacy.
źr. wPolsce24











