„PiS to partia autorytarna” - klasyczny tekst człowieka z partii, z której Tusk wyciął wszystkich wartościowych ludzi

To jest właśnie sedno sprawy - Donald Tusk od lat systematycznie wycina z własnej partii wszystkich, którzy mogliby mu zagrozić lub mieć inne zdanie. Zaczęło się lata temu od współzałożycieli PO, czyli Macieja Płażyńskiego i Andrzeja Olechowskiego. Obaj panowie już nie żyją, podobnie jak prof. Zyta Gilowska, której także Tusk pozbył się z partii. Zostali najwierniejsi ale dość miałcy intelektualnie klakierzy, którzy poza rezonowanie przekazów dnia nie są zdolni przedstawić ani sformułować żadnej własnej czy oryginalnej myśli.
W Platformie nie ma już od dawna nikogo, kto odważyłby się publicznie sprzeciwić „wodzu”. Wszystko kręci się wokół jednego człowieka. Decyzje zapadają w wąskim gronie, a „doły” mają słuchać.
I właśnie człowiek z takiej partii ma czelność mówić o „autorytarnym PiS-ie”. To stary, wyświechtany numer polskiej lewicy i liberalnej centroprawicy: oskarżać przeciwnika o to, co samemu się robi na znacznie większą skalę.
Tusk wybudował partię na swoim wizerunku i absolutnej kontroli. Wyczyścił ją z ludzi, którzy mieli własne zdanie, charyzmę lub realny autorytet. Została maszyna do władzy, w której liczy się lojalność, a nie kompetencje. Dlatego gdy ktoś z tego obozu mówi o „autorytaryzmie PiS”, brzmi to jak kabaret. Bo autorytaryzm to nie jest to, że partia ma silnego lidera. Autorytaryzm to sytuacja, w której w partii nie ma już miejsca na żadną alternatywę, a każdy, kto podniesie głowę, zostaje zmarginalizowany lub wyrzucony. W Platformie Obywatelskiej, przemianowanej dziś na KO to standard od lat.
Olgierd Jarosz











