Rewolucja językowa zjadła własny ogon. „Ministra” edukacji zaliczyła absurdalną wpadkę

To już nie jest nawet śmieszne. To jest symptomatyczne. Wciąż słyszymy, że język musi się zmieniać, że tradycyjne formy są opresyjne, a nowe – „sekretarzyni”, „gościni”, „inżynierka” – to akt sprawiedliwości. Tworzy się wciąż neologizmy, poprawia regulaminy, wprowadza żeńskie końcówki tam, gdzie język naturalnie ich nie wytworzył. A jednocześnie zapomniano o słowach, które w polszczyźnie istniały od zawsze i nikogo nie raziły.
„Gospodyni” to przecież jeden z najbardziej ugruntowanych feminatywów. Słowo tradycyjne, codzienne, szacowne. Nie „nowomowa”, tylko normalna część języka.
I właśnie to słowo najwyraźniej wypadło z obiegu u osoby, która chce być sztandarową postacią językowej rewolucji, a przy okazji odpowiada za poziom polskiej szkoły.
To pokazuje, jak działa ideologiczna poprawność. Najpierw niszczy się naturalny język pod hasłem równości. Potem okazuje się, że nawet twórcy tej rewolucji gubią się we własnych konstrukcjach. Zostaje pustka, w której nie pasuje już ani tradycyjne słowo, ani sztuczny wynalazek. Rewolucja językowa zjadła własny ogon. A „ministra” edukacji właśnie to publicznie potwierdziła.
źr. wPolsce24 za X











