Martwy wieloryb w rezerwacie Mewia Łacha. Co zabiło giganta?

Martwe zwierzę, o długości około 5 metrów, mogło dryfować w Bałtyku przez kilka tygodni, zanim zostało wyrzucone na brzeg u ujścia Wisły. Ze względu na zaawansowany rozkład ciała nie można ocenić, co mogło być przyczyną jego śmierci.
Według wstępnych hipotez może to być przedstawiciel fiszbinowców – grupy waleni żywiących się planktonem i drobnymi rybami. Walenie to grupa ssaków morskich obejmująca m.in. wieloryby, delfiny i morświny. Żyją głównie w oceanach. Jedynym gatunkiem z tej grupy żyjącym w Bałtyku są morświny.
Jak podkreślił Jan Wilkanowski z Błękitnego Patrolu WWF takie zwierzęta nie występują naturalnie w Bałtyku i trafiają tu przypadkowo, najczęściej przez Cieśniny Duńskie.
O dalszym losie truchła zadecydują właściwe instytucje, w tym Stacja Morska w Helu, Urząd Morski w Gdyni oraz Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska. Sytuacja jest o tyle wyjątkowa, że martwe zwierzę leży zaledwie kilka metrów od ptasich gniazd, a właśnie trwa okres lęgowy.
Służby przestrzegają przed wchodzeniem na teren rezerwatu, który objęty jest ścisłą ochroną przyrodniczą.
Wieloryb został zauważony w sobotę na terenie rezerwatu Mewia Łacha przy ujściu Wisły przez strażnika pełniącego dyżur na tym obszarze. Ogromne zwierzę zaobserwowali także uczestnicy rejsów turystycznych organizowanych w celu obserwacji fok.
źr. wPolsce24 za PAP











