Krok w stronę uczciwości? Tak Cienkowska zachwala nowy podatek

Szefowa Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego podpisała nowelizację rozporządzenia o opłatach reprograficznych 30 kwietnia. Przepisy wejdą w życie po sześciu miesiącach od publikacji w Dzienniku Ustaw, na którą resort wciąż czeka. Zmiany przewidują rozszerzenie listy urządzeń objętych opłatą, odpowiadając na sposób, w jaki dziś korzystamy z kultury.
Wokół decyzji narosły kontrowersje polityczne. Posłowie Prawo i Sprawiedliwość zarzucają rządowi niekonstytucyjność rozporządzenia i rozważają skierowanie sprawy do Rzecznika Praw Obywatelskich.
Cienkowska się tłumaczy
Cienkowska odpowiada, że skala dezinformacji jest ogromna, a sama opłata od lat funkcjonuje w polskim systemie prawnym. Minister podkreśla, że opłata reprograficzna nie jest podatkiem ani dodatkowym kosztem dla obywateli.
– To mechanizm rekompensujący twórcom możliwość legalnego kopiowania ich utworów na użytek prywatny – wyjaśnia. Dzięki temu użytkownicy mogą korzystać z muzyki, filmów czy książek w domu bez każdorazowej zgody autora, a twórcy otrzymują systemowe wynagrodzenie.
Jeden procent
Nowelizacja ma przede wszystkim zaktualizować katalog urządzeń, który od lat nie nadążał za postępem technologicznym. Opłatą zostaną objęte m.in. smartfony, tablety i komputery z wbudowaną pamięcią, a także telewizory i dekodery z funkcją nagrywania. W większości przypadków stawka wyniesie 1 proc. ceny netto sprzętu, a formalnie obciąży producentów i importerów.
Gdzie trafią pieniądze?
Zmiany pozytywnie oceniają organizacje twórcze, w tym ZAiKS, które wskazują, że dotychczasowy system był przestarzały i niezgodny z europejskimi standardami. Resort kultury podkreśla, że środki z opłat nie trafią do budżetu państwa, lecz do organizacji zbiorowego zarządzania, a stamtąd – bezpośrednio do artystów.
– Bez uczciwej rekompensaty osłabiamy fundament rozwoju kultury – podsumowuje Cienkowska.











