Koszmar w wiosce na Suwalszczyźnie. Rodzeństwo mogło być przetrzymywane od 30 lat w domu

Jak informuje Wirtualna Polska, szokująca sytuacja miała miejsce w małej wiosce na obrzeżach Wigierskiego Parku Narodowego, ok. 20 minut jazdy od Suwałk. Dla dobra rodzeństwa dziennikarze nie ujawnili jej nazwy, ale wiadomo, że stoi w niej zaledwie 11 domów, zamieszkiwanych przez ok. 50 osób. Domy są od siebie oddalone, często o kilkaset metrów.
Nikogo nie wpuszczali za bramę
Jeden z nich należał do zmarłego w styczniu Jana Z., szanowanego w okolicy rolnika, oraz jego żony Jadwigi. Para miała dwójkę dzieci, Janusza i Marzenę, którzy obecnie mają po 47 lat. Dziennikarze WP dowiedzieli się, że przez ostatnie trzydzieści mogli być przetrzymywani w domu.
Mieszkańcy wioski powiedzieli dziennikarzom, że rodzina Z. była bardzo skryta. Za bramę swojego gospodarstwa nie wpuszczali nawet listonosza czy księdza po kolędzie. Po podwórku zawsze kręciło się stado psów. Jedna z sąsiadek powiedziała, że wiele lat temu zauważyła tam małą dziewczynkę, która zbierała porzeczki. Chciała do niej zagadać, ale gdy się odwróciła, już jej nie było.
Nie pojawili się na pogrzebie ojca
Ich sąsiedzi pamiętają Janusza i Marzenę. Jeden z nich powiedział dziennikarzom, że mężczyznę widział po raz ostatni, gdy w wieku kilkunastu lat jechał z ojcem na traktorze, a jego siostrę, gdy bawiła się na wiejskim weselu. Potem oboje zniknęli.
Potem słyszało się, że wyjechali do miasta, uczyć się, do pracy, czy coś" – powiedział.
Jak informuje WP, ich rodzice opowiadali sąsiadom, że Marzena wstąpiła do klasztoru, a Janusz wyjechał za granicę do pracy. Małżeństwo miało też drugą córkę, ale ta funkcjonowała normalnie, pracuje jako nauczycielka w okolicznej szkole.
Mieszkańcy przyznają, że teraz jest im wstyd, że w to uwierzyli i nie zadawali pytań. Te pojawiły się dopiero 23 stycznia, gdy odbył się pogrzeb ich ojca. Zainteresowało ich to, dlaczego nie pojawiły się na nim jego dzieci.
Na pogrzebie Jana, kiedy nikt nie widział dzieci, zaczęto o tym plotkować. Wdowa po Janie, Jadwiga, coś tu pokręciła. Jednym mówiła, że dzieci nie dostały wolnego z pracy albo że nie wróciły z zagranicy. Jeszcze innym powiedziała, że dzieci były na różańcu w kaplicy, ale nikt z uczestników modlitwy ich nie widział" – relacjonuje jedna z mieszkanek.
Sprawę bada prokuratura
Dodała, że potem ktoś najprawdopodobniej powiadomił anonimowo policję. Pierwsza interwencja miała miejsce pod koniec maja. Rodzeństwo zostało zabrane z domu i trafiło do szpitala psychiatrycznego, gdzie do dziś są pod opieką lekarzy.
16 czerwca Prokuratura Rejonowa w Suwałkach zleciła czynności sprawdzające ws. doniesień o wieloletnim przetrzymywaniu rodzeństwa. Śledczy przeszukali dom i budynki gospodarcze. Dla dobra postępowania prokuratura na razie nie ujawnia szczegółów tej sprawy, która jest na razie na wczesnym etapie, ale wiadomo, że jeszcze nikt nie usłyszał zarzutów.
Dlaczego nikt nie zauważył, że znikli?
Jak to możliwe, że w tak małej społeczności rodzeństwo znikło na tyle lat i nikt się tym wcześniej nie zainteresował? Zdaniem dziennikarzy wpływ na to miał wiek, w którym przestali się pojawiać publicznie i ówczesne przepisy. Oboje skończyli podstawówkę jak inne dzieci w połowie lat dziewięćdziesiątych, a wtedy na tym kończył się obowiązek szkolny.
Urzędnicy nie mieli powodu, by się nimi interesować, a sąsiedzi uwierzyli rodzicom, że wyjechali. Nie było w tych opowieściach nic niewiarygodnego, wielu młodych mieszkańców tej wioski opuszczało ją w poszukiwaniu lepszego życia. Dopiero teraz jeden z urzędników przyznał, że zachowanie Jana Z. - to, że nie wpuszczał nikogo za bramę swojego gospodarstwa – było dziwne. Sołtyska tej wsi powiedziała dziennikarzom, że mieszka w niej od kilkunastu lat, ale w tym czasie nie poznała tej rodziny. Ich krewni twierdzą, że zerwali kontakt wiele lat temu.
Mieszkańcy zadają sobie teraz pytania o rolę ich siostry w tej wstrząsającej sprawie. Zastanawiają się, ile wiedziała o losie swojego rodzeństwa.
Trudno zrozumieć, jak przez tyle lat mogła tolerować, co dzieje się w domu rodzinnym. Przecież miała kontakt z ludźmi, szkołą, urzędami, normalnie funkcjonowała w społeczeństwie. Mamy XXI wiek jak ktoś ma niepełnosprawne dzieci, może liczyć na pomoc, to nie powód wstydu i ukrywania" – powiedziała dziennikarzom jedna z mieszkanek. Ona sama do momentu publikacji nie odpowiedziała na pytania.
Wstydzili się choroby?
Nie wiadomo także dlaczego rodzeństwo miało być przetrzymywane w domu. Sąsiedzi podejrzewają, że rodzice wstydzili się ich niepełnosprawności – ale nie wiedzą o jaką niepełnosprawność chodzi. Z ich relacji wynika, że nic nie wskazuje, by rodzeństwo miało być opóźnione w rozwoju. Jeden z sąsiadów wspomina jednak, że Janusz jako dziecko trafił do lekarza. Miał mieć długie, nieobcinane paznokcie, nie dawał się dotknąć medykom i piszczał z przerażenia.
Po tym incydencie rodziną zainteresowała się opieka społeczna, jej przedstawiciele zaczęli bywać w ich domu. Sąsiedzi podejrzewali, że chłopiec „zdziczał” od jakiejś choroby.
Po pewnym czasie wszystko ucichło, wizyty opieki społecznej ustały. Skoro Janek nie pił, nie awanturował się i nie wchodził nikomu w drogę, nie było podstaw do podejrzeń, zainteresowania policji" – powiedział.
Jeden z rozmówców powiedział dziennikarzom, że w ostatnich latach widział Janusza na własne oczy, gdy sam wprosił się do ich domu. Leżał wtedy na łóżku i wyglądał na chorego.
Miał swój pokoik. Wyglądał jak zwykła chora osoba, nie wiem... na grypę. Nie był przywiązany, nie wołał o pomoc. Zapytałem rodziców, czy potrzebują pomocy w załatwieniu lekarza. Odpowiedzieli, że nie. Uznałem, że nie ma problemu - -stwierdził - Dziś tego żałuję. Zresztą co miałbym powiedzieć, zgłaszając swoje przypuszczenia?".
źr. wPolsce24 za Wirtualna Polska











