„Mordownie zamiast ratunku”. Dlaczego weto Nawrockiego ocaliło psy

Jeszcze niedawno Karol Nawrocki był publicznie oblewany „wiadrami pomyj”. Powód? Weto wobec tzw. ustawy łańcuchowej. Politycy, aktywiści i celebryci prześcigali się w oskarżeniach, a część z nich demonstracyjnie obwiązywała się łańcuchami, oskarżając prezydenta o brak empatii wobec zwierząt. Dziś — w świetle prawdy o wielu polskich schroniskach ta narracja zaczyna się odwracać.
„Gdyby nie weto, masa psów trafiłaby do takich miejsc, by w nich umrzeć”
Podczas protestu w Sobolewie doszło do mocnej i symbolicznej rozmowy Krzysztofa Stanowskiego z posłem Lewicy Łukaszem Litewką. Stanowski wprost zwrócił uwagę, że weto Karola Nawrockiego mogło uratować tysiące zwierząt przed losem, który dziś widać w Sobolewie.
– „Wiadra pomyj wylały się na prezydenta Karola Nawrockiego dlatego, że zawetował ustawę łańcuchową. Dzisiaj można pomyśleć, że gdyby jej nie zawetował, to masa psów trafiłaby do schronisk jak to, by w nich umrzeć” — powiedział Stanowski.
I nie była to publicystyczna prowokacja. Litewka nie zaprzeczył. Przeciwnie — przyznał, że rozmawiał z prezydentem Karolem Nawrockim na temat ustawy, że znaleźli wspólny język i że liczy na wypracowanie lepszych, realnych rozwiązań wspólnie z prezydentem.
„Gdzie są ci wszyscy od łańcuchów?”
Jeszcze mocniejsze było jednak pytanie, które poseł Lewicy zadał… własnemu środowisku politycznemu.
Litewka retorycznie zapytał: gdzie są dziś wszyscy ci posłowie i politycy, którzy po wecie prezydenta obwiązywali się łańcuchami?
Dlaczego nie ma ich w Sobolewie? Dlaczego nie stoją pod schroniskiem, które sam Litewka określa mianem „mordowni”?
To pytanie wybrzmiało szczególnie mocno w miejscu, gdzie — według protestujących — zwierzęta nie trafiają po pomoc, lecz na powolną agonię. I gdzie hasła o „prawach zwierząt” zderzają się z brutalną rzeczywistością źle nadzorowanych, przepełnionych schronisk.
Weto, które zatrzymało lawinę
Weto Karola Nawrockiego — jakkolwiek kontrowersyjne — zatrzymało mechanizm, który mógł doprowadzić do masowego odbierania psów i kierowania ich właśnie do takich placówek jak Sobolewo. Do miejsc, które dziś są przedmiotem śledztw, protestów i oskarżeń o skrajne zaniedbania.
Dziś nawet część polityków, którzy wcześniej krytykowali prezydenta, przyznaje po cichu, że problem nie leżał wyłącznie w łańcuchach, lecz w braku systemowych gwarancji, co stanie się z odebranymi zwierzętami.
Brutalna ironia tej historii
Ironia tej historii jest bezlitosna: ci, którzy najgłośniej krzyczeli po wecie, dziś zniknęli z pola widzenia,
a prezydent, którego oskarżano o brak serca, być może powstrzymał największą tragedię.
Bo jeśli schroniska takie jak to w Sobolewie są — jak mówią protestujący i sam poseł Litewka — „mordowniami”, to pytanie brzmi nie czy weto było potrzebne, lecz dlaczego nie było lepszych rozwiązań wcześniej.
A Sobolewo jest dziś brutalnym przypomnieniem, że dobre intencje bez kontroli i odpowiedzialności mogą kończyć się piekłem. Dla zwierząt. I dla tych, którzy później muszą tłumaczyć, czemu ich już tu nie ma.
Nie tylko w Sobolewie...
Sobolewo nie jest odosobnionym przypadkiem. To już kolejne schronisko po głośnej aferze w Bytomiu, w którym opinia publiczna dowiaduje się o skandalicznych warunkach, zarzutach o znęcanie się nad zwierzętami i dramatycznych relacjach wolontariuszy oraz mieszkańców. Coraz wyraźniej widać, że problem nie dotyczy jednej placówki czy jednego miasta, lecz systemowego chaosu w zarządzaniu schroniskami w Polsce. Pytanie, które dziś powinno paść najgłośniej, brzmi: ile jeszcze takich "mordowni" działa w Polsce – i ilu zwierząt nikt już nie zdąży uratować?
źr. wPolsce24











