Fiskus chce opodatkować zbiórki na leczenie chorych dzieci. Kuriozalne uzasadnienie

Polacy od lat słyną z ogromnych serc i niezwykłej ofiarności. Kiedy państwo zawodzi, a zbiurokratyzowany system ochrony zdrowia nie jest w stanie sfinansować nierefundowanej, drogiej terapii w zagranicznej klinice, obywatele biorą sprawy w swoje ręce. Portale zrzutkowe stały się nowoczesnym wyrazem naszej chrześcijańskiej i narodowej solidarności – to tam tysiące ludzi, często anonimowo, wpłaca po 10, 20 czy 50 złotych, by ratować życie umierających dzieci czy wspierać chorych w najtrudniejszych chwilach.
Niestety, tam, gdzie pojawia się ludzki odruch serca i oddolna pomoc, tam natychmiast zjawia się urzędnicza machina z chciwym zamiarem nałożenia haraczu. Jak donosi „Rzeczpospolita”, fiskus podjął bezprecedensowy atak na internetowe zbiórki. Skarbówka uznała, że jeśli darczyńca wpłaca pieniądze anonimowo lub pod internetowym pseudonimem (np. jako „Ania”, „Ktoś z Gdańska” czy „Dobry człowiek”), to taka wpłata... przestaje być darowizną!
Podatkowy absurd uderza w najsłabszych
Logika urzędników przeraża swoją bezdusznością. Według najnowszych interpretacji skarbowych, brak możliwości precyzyjnego zidentyfikowania pełnych danych osobowych wpłacającego uniemożliwia zakwalifikowanie tych środków jako darowizny. A skoro nie jest to darowizna, to zebrana kwota nie podlega ustawowym zwolnieniom podatkowym.
Co to oznacza w praktyce? Skarbówka zamierza traktować pieniądze zebrane na ratowanie zdrowia jako... zwykły przychód. Beneficjent zbiórki – czyli człowiek walczący o życie, często niezdolny do pracy – ma od tych pieniędzy odprowadzić podatek dochodowy (PIT)!
Mamy do czynienia z sytuacją absurdalną. Człowiek dotknięty tragedią, zamiast skupić się na walce z chorobą, będzie musiał zatrudnić doradcę podatkowego i tłumaczyć się przed urzędem skarbowym z każdego grosza przekazanego przez anonimowego internautę.
Uderzenie w fundamenty polskiej solidarności
To jawny zamach na fundamentalną zasadę, że pomaganie powinno być wolne od państwowego przymusu i fiskalnego łupiestwa. Anonimowość w internecie była dotychczas normą – ludzie wpłacający środki na cele charytatywne robią to z potrzeby serca, a nie po to, by chwalić się przed aparatem państwowym swoim imieniem, nazwiskiem i numerem PESEL. Dla wielu chrześcijańska zasada „niech nie wie lewica, co czyni prawica” jest drogowskazem przy dawaniu jałmużny. Teraz skarbówka chce tę skromność i dyskrecję brutalnie ukarać.
Eksperci podatkowi i prawnicy nie kryją oburzenia. Taka wykładnia przepisów doprowadzi do całkowitego paraliżu internetowych zbiórek. Kto zdecyduje się na organizację akcji pomocowej, wiedząc, że zamiast na lek czy operację, znaczna część zebranych środków pójdzie na opłacenie podatków i łatanie budżetu państwa?
Gdzie podziała się ludzka twarz państwa?
Nie sposób nie zauważyć, że mamy do czynienia z państwem, które chce coraz bardziej kontrolować każdy aspekt życia obywateli, włącznie z ich odruchami serca. Dzisiejsze działania ministra finansów są tego najgorszym przykładem. To niszczenie kapitału społecznego i instytucji zaufania, które Polacy sami zbudowali.
Wprowadzanie podatku od współczucia to moralne bankructwo aparatu urzędniczego. Nie można pozwolić na to, aby urzędnicy budowali swoje statystyki i wpływy podatkowe na nieszczęściu chorych i ofiarności tych, którzy chcą im pomóc. Trudno o większy skandal i dowód na to, jak bardzo biurokracja potrafi oderwać się od rzeczywistości i elementarnej ludzkiej przyzwoitości.
źr. wPolce24 za rp.pl











