Kolejna odsłona dramatu na S7. Karetka z pacjentami utknęła w zaspie. Rząd dał się zaskoczyć zimie, a obywatele płacą tego cenę

Gigantyczne zatory, miejscami sięgające nawet 20 kilometrów, doprowadziły do sytuacji, w której karetka pogotowia ratunkowego z pacjentami w stanie bezpośredniego zagrożenia życia utknęła w zaspach. Dopiero dzięki interwencji strażaków, policji i okolicznych mieszkańców udało się wypchnąć ambulans i umożliwić dalszy transport chorych do szpitala.
Zima zaskoczyła… i kogo jeszcze?
Choć prognozy pogody zapowiadały silne opady śniegu i alerty Rządowego Centrum Bezpieczeństwa były wysyłane już od wtorkowego poranka, służby nie były gotowe na paraliż drogi ekspresowej. Już w godzinach popołudniowych S7 w woj. warmińsko-mazurskim zamieniła się w kilkunastokilometrową pułapkę, gdzie kierowcy spędzali nawet kilkanaście godzin w zaspach i mrozie.
Na wielu odcinkach ciężarówki nie były w stanie pokonać niewielkich podjazdów — utykały w korkach, blokując przejazd innym pojazdom i doprowadzając do efektu domina. Służby drogowe i policja potwierdziły, że warunki były krytyczne, a ruch odbywał się jednym pasem.
Do szczególnie niebezpiecznej sytuacji doszło 1 stycznia pod Ostródą. Jak informuje lokalny portal Ostróda Flesz, to właśnie wtedy około godziny 18.30 strażacy z Ochotniczej Straży Pożarnej w Małdytach otrzymali pilne wezwanie pomocy od kierowcy karetki pogotowia.
"Sytuacja była bardzo poważna, ponieważ karetka przewoziła pacjentów w stanie zagrożenia życia. Dzięki współpracy strażaków i policji udało się wyciągnąć ambulans, który mógł kontynuować jazdę" - czytamy na Ostróda Flesz.
Całe szczęście strażacy zareagowali szybko i skutecznie i udało się wyciągnąć ambulans z zaspy i szczęśliwie dowieść pacjentów do szpitala.
Kiedy rząd przestanie reagować zamiast działać?
To nie pierwszy raz, gdy atak zimy obnaża słabości państwowych służb. Zamiast skutecznego planowania i przygotowania na sezon zimowy, mamy do czynienia z sytuacją, w której:
- Ludzie spędzają całe noce w zapieczonych samochodach bez dostępu do jedzenia czy toalety.
- Służby drogowe i zarządcy dróg tłumaczą się później, że warunki „miały być znane z wyprzedzeniem”, choć realna pomoc przybywa z opóźnieniem.
- Karetki pogotowia i służby ratunkowe mają problem z dojazdem do chorych z powodu zasp i niewystarczającego odśnieżania tras, a alternatywne środki transportu (np. LPR) są wykluczone przez te same warunki pogodowe.
Problem, który się powtarza
Tegoroczny armagedon na S7 to kolejny przykład, że państwowe instytucje nie wyciągają wniosków z poprzednich zim. Alarmy pogodowe pojawiły się wcześniej, ale sprzęt do zimowego utrzymania dróg okazał się niewystarczający, system koordynacji działań służb zawiódł, a kierowcy zostali pozostawieni sami sobie w ekstremalnych warunkach.
Tragiczne konsekwencje można było przewidzieć, lecz żaden przedstawiciel władzy odpowiedzialnej przecież za bezpieczeństwo nie podjął odpowiednich kroków wcześniej. Post factum premier próbował ratować wizerunkową katastrofę, śląc twitty i wrzucając zdjęcia, jak to czuwa nad naszym losem, ale chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie daje się już nabrać na ten grubo ciosany przekaz, rodem z podręczników sowieckich propagandzistów
Apel do rządzących
Gdy na S7 ludzie tracą godziny życia i zdrowia, a ratownicy walczą z zaspami o każdą minutę, staje się jasne, że rzadkie medialne komunikaty i fotki wrzucane na X to za mało. Potrzebujemy realnego przygotowania służb, skutecznych planów zimowego utrzymania dróg i odpowiedzialnej polityki transportowej, która nie zostawia obywateli na pastwę żywiołu. Niestety zamiast tego mamy Tuska.
źr. wPolsce24 za Ostróda Flesz











