20-latka czekała osiem godzin, zanim zabrano ją na Oddział Intensywnej Terapii. Przeżyłaby, gdyby się pospieszono?

Szokująca sprawa została ujawniona przez portal Zero.pl. Problemy zdrowotne Julii zaczęły się na przełomie 2023 i 2024 roku, kiedy trafiała do kolejnych szpitali z gorączką i złym samopoczuciem. Dopiero pod koniec 2025 roku lekarze z gdańskiego szpitala św. Wojciecha postawili diagnozę – zakażenie układu moczowego i podejrzenie urosepsy, a także kamica układu moczowego.
Rutynowy zabieg
Termin zabiegu kruszenia złogu w prawej nerce wyznaczono na 9 lutego 2026 r. Do szpitala trafiła dwa dni wcześniej. Jej stan był wtedy dobry, nie miała gorączki i nie odczuwała bólu. 8 lutego odwiedziła ją matka. Powiedziała jej, że nie pojawi się przez następne dwa dni, bo musi zostać z siedmioletnim synem Alanem. Jej partner, Kacper Kenski, w tym czasie był w trasie we Francji. Wszyscy byli przekonani, że będzie to prosty, rutynowy zabieg. Niepokoju nie wzbudziło nawet odkrycie u niej 4 lutego bakterii E.coli, lekarze nie uznali tego za przeciwwskazanie do zabiegu.
Do zabiegu doszło 9 lutego, potrwał ok. 25 minut. Kilka godzin później zaczął się koszmar. Po 16 20-latka dostała krwistych wymiotów, krwawienia z nosa i gardła. Po kolejnym epizodzie, ok. pół godziny później, zabrano ją na konsultację laryngologiczną, ale lekarze nie znaleźli aktywnego źródła krwawienia. Kenski podczas rozmowy telefonicznej słyszał, jak jego dziewczyna wymiotuje, przerwał trasę i zdecydował się wrócić do Polski. Musiała dzwonić do mnie, żebym interweniował u lekarzy. Prosiłem, żeby ktoś do niej podszedł, ale nikt tego nie zrobił, mimo że wcześniej sama wielokrotnie o to błagała – powiedział dziennikarzom.
Potrzebowała intensywnej terapii
Jej stan szybko się pogarszał. O 1:03 w nocy wyniki badań wskazały początki niewydolności narządów, a o 5:30 była już w stanie ciężkim. Następnego dnia rano rozpoznano urosepsę. O 10:11 lekarz poprosił o konsultację i kwalifikację do leczenia na OIT. Dziewczyna zadzwoniła do swojej mamy, powiedziała jej, że nie może się wysikać i się boi. Jej mama, która była przekonana, że to tylko przejściowe problemy po zabiegu, wskoczyła w pociąg i ruszyła do szpitala. Dopiero w drodze dowiedziała się, że chodzi o sepsę.
O 14:09 w dokumentacji pojawił się zapis, że najlepsza dla pacjentki byłaby dializa ciągła w warunkach OIT. Decyzja o przekazaniu jej na OIT zapadła o 15:50. Ostatecznie dopiero o 18:30 została przyjęta na OIT Szpitala im. M. Kopernika w Gdańsku. W dokumentacji tej placówki znalazł się zapis, że przekazano pacjentkę z powodu braku miejsc w OIT szpitala św. Wojciecha. W wypadku sepsy każda godzina zwiększa ryzyko zgonu, a w wypadku Julii minęło ponad osiem godzin bez dostępu do pełnego leczenia intensywnej terapii i dializy ciągłej, którą zalecili lekarze. Gdy matka dotarła do szpitala, jej córka była już w stanie krytycznym. 12 lutego po południu straciła przytomność, a 16 lutego doszło do obrzęku mózgu, dzień później lekarz stwierdził zgon.
Przeżyłaby, gdyby się pospieszono?
Jej matka jest przekonana, że gdyby jej córka trafiła na OIT, to dałaby radę przeżyć. Jej partner powiedział dziennikarzom, że w innych szpitalach w Gdańsku były wolne miejsca na OIT, bo dowiadywał się tego bezpośrednio. Jej matka złożyła już zawiadomienie do prokuratury rejonowej w Chojnicach, która przekazała tę sprawę do Gdańska. Skierowała też skargi do Rzecznika Praw Pacjenta i do Okręgowej Izby Lekarskiej.
Dziennikarze skierowali w tej sprawie zapytania do podmiotu leczniczego Copernicus, do którego należą te dwa szpitale. Nie otrzymali jednak odpowiedzi. Wszystkie informacje objęte są tajemnicą lekarską. Prowadzimy postępowanie wyjaśniające analogicznie, jak w przypadku każdego zgonu wewnątrzszpitalnego – odpisano im. Dodano, że placówce jest niezwykle przykro z powodu śmierci pacjentki. Staramy się dogłębnie przeanalizować bieg zdarzeń, aby wyciągnąć wnioski z zaistniałej sytuacji i wykorzystać je w przyszłości – napisano.
źr. wPolsce24 za Zero.pl











