Unia mówi o „własnej energii”. Czy Bruksela wreszcie przyzna, że bez atomu i stabilnych źródeł się nie da?

Europa znów mierzy się z wysokimi cenami energii. Na początku maja 2026 roku cena ropy Brent przekroczyła 100 dolarów za baryłkę, co wywołało w Europie kolejny silny szok energetyczny. Rosnące ceny paliw uderzają nie tylko w kierowców i gospodarstwa domowe, ale także w rolnictwo, przemysł i ceny praktycznie wszystkich produktów.
Komisarz UE ds. klimatu Wopke Hoekstra twierdzi, że odpowiedzią ma być przyspieszenie transformacji energetycznej. Wśród potrzebnych działań wymienił m.in. więcej OZE, elektryfikacji, połączeń energetycznych między państwami i, co szczególnie istotne, „więcej energetyki jądrowej”. Dodał też: „Potrzebujemy całej tej mieszanki”.
I tu pojawia się podstawowe pytanie: czy Unia rzeczywiście jest rozsądna, czy dopiero zaczyna odkrywać to, co wiele państw Europy Środkowej mówiło od lat?
Kryzys pokazuje słabość unijnej strategii
Hoekstra przyznał, że Europa przez dekady była podatna na kryzysy energetyczne z powodu braku własnych zasobów. Po odejściu od rosyjskiego gazu Unia częściowo zastąpiła go LNG z USA, Kataru i innych państw. Sam komisarz zasugerował, że nie jest to w pełni bezpieczne rozwiązanie.
To ważne, bo przez lata obywatelom sprzedawano prostą opowieść: zamkniemy węgiel, dołożymy OZE, dobudujemy trochę sieci i wszystko będzie tańsze, czystsze oraz bezpieczniejsze. Rzeczywistość, jak zwykle niekonsultowana z broszurami Komisji Europejskiej, okazała się mniej uprzejma.
Energia odnawialna jest potrzebna, ale zależy od pogody. Gaz miał być paliwem przejściowym, ale stał się nowym źródłem zależności importowej. Sieci wymagają ogromnych inwestycji.
Atom wraca do łask, bo bez niego nie ma stabilności
Najbardziej znaczące jest to, że nawet unijny komisarz ds. klimatu mówi dziś otwarcie o potrzebie większej roli energetyki jądrowej. Eurostat wskazuje, że w 2023 roku energia jądrowa odpowiadała za 11,8 proc. dostępnej energii w UE, a w produkcji prądu elektrownie jądrowe dawały około 23 proc. energii elektrycznej.
To właśnie atom jest źródłem stabilnym, niskoemisyjnym i niezależnym od tego, czy akurat wieje wiatr albo świeci słońce. Dlatego pytanie nie brzmi już, czy Europa potrzebuje atomu. Brzmi: dlaczego przez lata część unijnych elit traktowała energetykę jądrową jak kłopotliwego gościa przy stole, podczas gdy bez niej trudno mówić o bezpieczeństwie energetycznym?
Dla Polski wniosek jest prosty: budowa dużych elektrowni jądrowych i rozwój małych reaktorów modułowych powinny być jednym z filarów polityki państwa. Nie dodatkiem, nie ozdobnikiem, nie kolejną strategią do odłożenia na półkę, tylko realnym priorytetem.
A co z węglem? Powrót czy rozsądna rezerwa?
Hasło „wrócić do węgla” brzmi politycznie mocno, ale praktycznie wymaga doprecyzowania. Nie chodzi o to, by udawać, że Polska może przez kolejne dekady opierać całą energetykę wyłącznie na węglu i nie ponosić kosztów emisji. To byłaby druga skrajność, równie wygodna publicystycznie, co niebezpieczna gospodarczo.
Chodzi raczej o coś innego: nie likwidować stabilnych krajowych mocy szybciej, niż powstają realne zamienniki.
Węgiel, zwłaszcza w Polsce, powinien pełnić rolę bezpiecznika systemu w okresie przejściowym. Dopóki nie mamy wystarczającej liczby elektrowni jądrowych, magazynów energii, nowoczesnych sieci i stabilnych źródeł rezerwowych, zbyt szybkie wygaszanie węgla oznacza większą zależność od importu, gazu i cen światowych.
Międzynarodowa Agencja Energetyczna wskazywała, że w pierwszej połowie 2025 roku niższa produkcja z hydroenergetyki i wiatru w UE przełożyła się na wzrost produkcji energii z węgla, a spadek popytu na węgiel w UE miał być znacznie mniejszy niż w latach 2023-2024. To pokazuje, że nawet Europa odchodząca od węgla nadal sięga po niego, gdy system tego potrzebuje.
Unia chce transformacji, ale przyznaje, że zapłacą obywatele
Hoekstra mówi też o ogromnych inwestycjach w sieci energetyczne i infrastrukturę ładowania samochodów elektrycznych. Przyznał, że UE ma w tej sprawie dużo pracy do wykonania, a każde euro wydane na transformację ma być dobrze wydane. Tyle że z perspektywy zwykłego obywatela pytanie brzmi inaczej: kto za to zapłaci i kiedy pojawią się efekty?
Bo jeżeli transformacja oznacza droższą energię, droższe ogrzewanie, droższy transport, kosztowne remonty domów i większą presję na przemysł, to trudno oczekiwać społecznego entuzjazmu. Obywatele nie są przeciwni czystszemu powietrzu. Są przeciwni polityce, w której najpierw nakłada się obowiązki i koszty, a dopiero potem sprawdza, czy system w ogóle jest gotowy.
Polska powinna wybrać własny interes
Z punktu widzenia Polski najbardziej rozsądny kierunek to nie ślepe kopiowanie unijnego entuzjazmu ani nostalgiczny powrót do energetyki sprzed dekad. Potrzebny jest miks oparty na bezpieczeństwie, kosztach i suwerenności.
To oznacza:
- więcej atomu, zarówno dużego, jak i modułowego;
- utrzymanie węgla jako stabilnego zabezpieczenia, dopóki nie powstaną realne alternatywy;
- rozwój OZE tam, gdzie ma to sens ekonomiczny i techniczny;
- modernizację sieci, bo bez niej transformacja zostaje tylko hasłem;
- ochronę przemysłu i gospodarstw domowych przed kosztami ideologicznego pośpiechu.
Wypowiedź komisarza UE pokazuje, że Bruksela zaczyna mówić językiem realizmu: własna energia, energetyka jądrowa, stabilność systemu, mniejsze uzależnienie od importu. Problem w tym, że przez lata unijna polityka zbyt często spychała na bok pytanie o koszty i bezpieczeństwo.
Dla Polski najważniejsze powinno być nie to, co dobrze wygląda w unijnym komunikacie, lecz to, co daje tanią, pewną i dostępną energię.
Źr. wPolsce24 za Euronews/Eurostat/IEA











