Rekordowa fala zwolnień grupowych. Tak źle jak za Tuska, było... za pierwszego Tuska

Rekordowe liczby – ponad 97 tys. objętych procedurą zwolnień
Jak wynika z analizy „Rzeczpospolitej”, zwolnienia grupowe zgłoszone do urzędów pracy w 2025 roku objęły ponad 97,6 tys. pracowników. To prawie trzykrotnie więcej niż rok wcześniej i najwyższe wartości od czasów globalnego kryzysu finansowego z lat 2008–2009.
Choć znaczną część tych statystyk zawyżały działania jednego dużego pracodawcy – Poczty Polskiej – gdzie zgłoszono wypowiedzenia zmieniające umowy dla ponad 51 tys. osób, to nawet po odjęciu tej „formalnej masy zwolnień", liczby pozostają alarmujące i świadczą o trwałym trendzie osłabienia stabilności zatrudnienia w wielu branżach.
Skala zwolnień – to nie tylko formalne procedury
Dane z portalu MyCompany.pl wskazują, że tylko w pierwszej połowie 2025 roku pracodawcy zgłosili plan zwolnić nawet około 80 tys. osób. To najwyższy poziom planowanych redukcji od wprowadzenia tego mechanizmu po pandemii COVID-19.
Te liczby potwierdzają fatalny trend: nie chodzi już o pojedyncze redukcje etatów, ale o systemową zmianę na rynku pracy, w której tradycyjna umowa o pracę przestaje być standardem, a pracownik staje się zmienną w kalkulacji zysków i strat.
Niebezpieczne sygnały z kluczowych sektorów
Wiele dużych firm – zarówno międzynarodowych, jak i działających w Polsce – dynamicznie ogranicza zatrudnienie:
-
Produkcja przemysłowa notuje cięcia nawet w zakładach z długoletnią tradycją.
-
Outsourcing i usługi biznesowe, szczególnie w miastach takich jak Kraków, doświadczają redukcji etatów z powodu presji kosztowej oraz automatyzacji.
-
Kilka korporacji ogłosiło zwolnienia obejmujące setki pracowników w oddziałach w Polsce.
Rosnąca presja kosztów pracy, automatyzacja oraz globalne decyzje firm często eliminują miejsca pracy.
Paradoks rynku pracy – duże zwolnienia i jednocześnie stabilne bezrobocie
Choć statystyki bezrobocia rejestrowanego pokazują, że w październiku 2025 roku stopa bezrobocia wyniosła 5,6 proc., a według metodologii Eurostatu około 3,2 proc., to za tymi danymi kryje się skomplikowana rzeczywistość: coraz więcej ludzi jest zmuszonych do zmiany pracy, pracy tymczasowej, freelancingu albo emigracji zarobkowej.
Może się to wydawać paradoksem – niskie bezrobocie obok rekordowej liczby zwolnień – jednak te statystyki nie uwzględniają wielu osób przechodzących do zatrudnienia krótkoterminowego lub pozostających poza oficjalnymi rejestrami urzędowymi.
Co to oznacza dla Polski?
Musimy pamiętać, że fala zwolnień to nie tylko liczby w tabelach, to przede wszystkim dramat tysięcy Polaków. Rodziny tracą stabilność dochodów – szczególnie w mniejszych miastach i regionach, gdzie możliwości przekwalifikowania się są ograniczone. Cierpią przede wszystkim obszary tradycyjnie cieszące się, mówiąc eufemistycznie, umiarkowanym zainteresowaniem liberalnych rządów - obszary wiejskie, Polska Wschodnia i mniejsze miasteczka. A przecież w konsekwencji oznacza to również uderzenie w finanse publiczne. To niższe wpływy z podatków oraz coraz większa presja na budżet – większa liczba bezrobotnych oznacza wyższe wydatki na zasiłki i wsparcie społeczne.
Nie pomaga też sytuacja na globalnym rynku pracy - outsourcowanie miejsc pracy, automatyzacja i przenoszenie zakładów za granicę stają się trendem powszechnym.
Podsumowanie
Rok 2025 potwierdza to, o czym ekonomiści ostrzegali już przed dojściem Donalda Tuska do władzy: polski rynek pracy stoi na rozdrożu. Rekordowe zwolnienia grupowe, choć częściowo napędzane formalnymi procedurami, pokazują realne zjawisko – coraz większą niepewność zatrudnienia i presję kosztową na firmy, która najczęściej oznacza cięcia etatów.
Dla wielu rodzin to sygnał alarmowy – czas na rzetelną debatę o przyszłości zatrudnienia, ochronie miejsc pracy i racjonalnej polityce gospodarczej, która stawia Polaka na pierwszym miejscu. A stąd już tylko mały krok do wielkiego kryzysu.
źr. wPolsce24 za rp.pl











