Pół miliona migrantów i ekspresowe wybory. Czy Tusk pójdzie tą samą ścieżką co Madryt?

Większość z nas patrzy na Madryt i widzi po prostu kolejny kryzys polityczny. Dymisja, przyspieszone wybory na 29 listopada i awantura o dekrety mieszkaniowe po głośnej eksmisji 87-letniej seniorki. Jednak pod powłoką rzekomej troski o lokatorów i walki z funduszami spekulacyjnymi, premier Pedro Sanchez realizuje bezczelny plan zachowania władzy za wszelką cenę. Plan, którego mechanizm opiera się na sprowadzaniu i legalizowaniu migrantów, by stworzyć sobie nowy, żelazny elektorat. Jeśli ten cyniczny manewr się powiedzie, stanie się gotową instrukcją obsługi dla rządów takich jak ekipa Donalda Tuska.
Gdy przyjrzeć się kulisom decyzji Sáncheza, szybko okazuje się, że kryzys mieszkaniowy stał się dla niego idealną zasłoną dymną. Zaledwie dwa miesiące temu Hiszpania trzęsła się w szwach z powodu katastrofy migracyjnej – tylko przez Ceutę przedarło się ponad 70 tysięcy nielegalnych przybyszy z Maroka, a poparcie dla prawicowej partii Vox rosło w zastraszającym tempie. Jak zneutralizować ten problem? Zamiast zamknąć granice, Sanchez postanowił dokonać masowej amnestii.
W ramach tzw. abolicji rząd Sancheza podjął decyzję o hurtowej legalizacji pobytu około 500 tysięcy nielegalnych migrantów (część szacunków mówiących o szerszych programach wsparcia i łączenia rodzin wskazuje nawet na ponad milion osób, które dzięki lewicy uzyskały pełny dostęp do praw socjalnych i obywatelskich). Co to oznacza w praktyce? Pół miliona nowych, wdzięcznych beneficjentów systemu, którzy przy najbliższej okazji zagłosują na tego, kto otworzył im drzwi do Europy.
Szwedzki i niemiecki wzorzec: sojusz socjalistów z migrantami
Sanchez nie wymyślił tego mechanizmu sam – on po prostu kopiuje rozwiązania, które z powodzeniem przetestowano w innych zakątkach Europy.
Wystarczy spojrzeć na Szwecję, gdzie tamtejsza lewica przez lata utrzymywała się przy władzy niemal wyłącznie dzięki głosom ludności napływowej, a ostatnie dzięki jej głosom wygrała wybory o włos. W dzielnicach zdominowanych przez migrantów frekwencja i poparcie dla socjaldemokratów sięgały absurdalnych 80-90 procent. Drugim porażającym przykładem jest Berlina i niemieckie landy, gdzie obserwowaliśmy jawny polityczny handel: skrajnie lewicowa Die Linke tworzyła lokalne sojusze z radykalnymi środowiskami muzułmańskimi, oferując im bezkarność i zapomogi w zamian za głosy w wyborach.
Lider hiszpańskich socjalistów, obok Emmanuela Macrona, stał się dziś twarzą tej bankrutującej, lewicowej ideologii. To również jeden z najbardziej zaciekłych wrogów budowania dobrych, partnerskich relacji Europy z konserwatywną administracją Donalda Trumpa. Dla ideologów z Madrytu czy Paryża silna, suwerenna prawica jest śmiertelnym zagrożeniem.
Władza za wszelką cenę. Czy Tusk ulegnie tej samej pokusie?
Przypomnijmy: Pedro Sanchez już raz „oszukał system”. Gdy przegrał wybory, nie oddał władzy, lecz skleił egzotyczną, szantażowaną koalicję z separatystami z Katalonii, oferując im w zamian amnestie i rozbijanie spójności państwa. Dziś, widząc spadające słupki, po raz kolejny sięga po sprawdzony lewicowy wytrych – podrzuca temat zastępczy w postaci mieszkalnictwa i idzie na wybory z nowo zalegalizowanym elektoratem za plecami.
Dla Polski wnioski z tej hiszpańskiej lekcji są wręcz przerażające. Rząd Donalda Tuska – popierany i hołubiony przez te same lewicowo-liberalne elity oraz fundacje pokroju sieci George'a Sorosa – uważnie obserwuje wydarzenia na Zachodzie.
Jeśli Sanchez znów utrzyma się przy władzy dzięki inżynierii społecznej i głosom przybyszy z zewnątrz, dla koalicji rządzącej w Warszawie stanie się to potężną pokusą. Widząc rosnące niezadowolenie Polaków, drożyznę, zapaść w służbie zdrowia i katastrofę budżetową, obóz Tuska może zacząć szukać wyborców... poza granicami polskiego narodu.
Mogą to być po cichu przyjmowani i legalizowani imigranci w ramach paktu migracyjnego, a może szybkie nadawanie praw wyborczych setkom tysięcy przebywających u nas Ukraińców. Pokusa „wymiany elektoratu” okaże się dla liberalnej władzy zbyt duża, bo na przykładzie Sancheza zobaczą, że ten cyniczny mechanizm po prostu działa. Pokonanie polskiego podatnika głosami osób sprowadzonych z zewnątrz – oto czarny scenariusz, przed którym musimy głośno ostrzegać już dziś. I dlatego wybory w Hiszpanii są ważne także dla nas. Jeżeli Sanchez mimo swoich machlojek odda władzę, pokusa, by iść jego drogą przestanie być dla koalicji Tuska aż tak atrakcyjna.
Olgierd Jarosz









