Publiczne szpitale wprowadzają opłaty za badania. Prywatyzacja służby zdrowia staje się faktem

Dla wielu pacjentów skierowanie na badanie endoskopowe z dopiskiem "cito" przestało być gwarancją szybkiej diagnostyki. Terminy w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia wydłużają się do wielu miesięcy, a w niektórych regionach - nawet lat.
W odpowiedzi na tę sytuację, niektóre publiczne szpitale zadecydowały o wprowadzeniu płatności za niektóre badania. Opisywany przez Wirtualną Polskę szpital w Lubartowie (woj. lubelskie) zachęca nawet do korzystania z badań diagnostycznych odpłatnie.
Ile kosztuje "publiczne" badanie?
Cennik placówki nie pozostawia złudzeń. Za badania, które teoretycznie powinny być darmowe dla każdego ubezpieczonego, trzeba słono zapłacić:
-
Gastroskopia: od 320 do 500 zł.
-
Kolonoskopia: od 600 do 1400 zł.
Dyrektor placówki, Ewa Mańdziuk, tłumaczy, że szpital został "postawiony pod ścianą" przez cięcia w finansowaniu nadwykonań przez NFZ. Płatne badania są wykonywane poza standardowym harmonogramem, często przez innych lekarzy i na oddzielnym sprzęcie, by nie uszczuplać limitów dla pacjentów "na fundusz".
Walka o przetrwanie?
Środowisko medyczne jest podzielone, ale dominuje niepokój. Marta Nowacka, prezes Związku Szpitali Powiatowych Województwa Śląskiego, wprost ocenia, że większość szpitali znajduje się w krytycznej sytuacji i podobne oferty będą pojawiać się coraz częściej.
Samorząd lekarski używa jeszcze mocniejszego określenia: to jest cicha prywatyzacja:
- Samorządl lekarski nie ma wątpliwości, że oferowanie komercyjnych badań w publicznych szpitalach to będzie powszechny trend. Jak inaczej nazwać komercyjne badania w publicznym szpitalu niż cichą prywatyzacją? Tym bardziej, że #szpital w Lubartowie nie jest jedyny - zaznacza w rozmowie z WP Jakub Kosikowski, rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej.
Problem potęgują nowe zasady rozliczeń. Przypomnijmy, od marca 2026 roku NFZ drastycznie obniżył wycenę tzw. nadwykonań w diagnostyce (m.in. rezonansu magnetycznego czy tomografii).
Zamiast 100% stawki, szpitale mogą liczyć jedynie na 40-60% zwrotu kosztów za pacjentów przyjętych ponad limit.
Co to oznacza dla pacjenta?
Dla przeciętnego Polaka wybór staje się brutalnie prosty: albo wielomiesięczne oczekiwanie w kolejce, które w przypadku chorób nowotworowych może skończyć się tragicznie, albo zapłacenie za badanie w publicznej placówce.
Choć Ministerstwo Zdrowia przekonuje, że zmiany w finansowaniu mają ukrócić nadużycia (takie jak sztuczne dzielenie badań), dyrektorzy szpitali ostrzegają: bez pełnego finansowania diagnostyki, kolejki "tylnymi drzwiami" wrócą do systemu, a publiczne szpitale coraz bardziej będą przypominać prywatne firmy.
Płatne badania w publicznych szpitalach to dobry sposób na skrócenie kolejek, czy skandaliczne łamanie konstytucyjnego prawa do bezpłatnej opieki?
źr. wPolsce24 za WP.PL











