Prezydent Polski był analfabetą? "To się nie dzieje! To niemożliwe!"

Przypomnijmy: sprawa dotyczy zeznań, które Lech Wałęsa składał w 2016 roku przed Instytutem Pamięci Narodowej. Badał on wówczas autentyczność kwitów i teczek tajnego współpracownika o kryptonimie „Bolek”, odnalezionych w domu byłego szefa komunistycznej bezpieki, Czesława Kiszczaka. Wałęsa pod przysięgą stanowczo twierdził, że zaprezentowane mu dokumenty zostały sfałszowane przez SB, a widniejące na nich podpisy nie są jego autorstwa.
Późniejsze, drobiazgowe ekspertyzy grafologiczne przeprowadzone przez Instytut Ekspertyz Sądowych im. prof. Jan Sehna w Krakowie bezsprzecznie wykazały jednak, że podpisy są w pełni autentyczne. Rozbieżność między zeznaniami byłego prezydenta a ekspertyzą biegłych stała się podstawą do wszczęcia śledztwa o składanie fałszywych zeznań.
Uzasadnienie prokuratury: prawniczy fikołek i „analfabetyzm”
Dzisiejsza decyzja Prokuratury Okręgowej w Warszawie o umorzeniu postępowania wprawiła w osłupienie badaczy historii i prawników. Śledczy powołali się nie tylko na formalne prawo podejrzanego do obrony, ale również na... brak umiejętności pisarskich Wałęsy w latach 70.
Według zaprezentowanej wykładni, były lider „Solidarności” i późniejsza głowa państwa w tamtym okresie rzekomo nie potrafił sprawnie pisać i nakreślał jedynie graficzne kształty, nie będąc w pełni świadomym tego, co podpisuje. Z tego wniosek, że skoro nie umiał pisać, to składając zeznania dekady później, mógł szczerze wierzyć, iż to nie są jego podpisy.
Refleksja, która narzuca się sama po lekturze takich wywodów, jest po prostu przerażająca: skoro przyjąć oficjalną wersję prokuratury za pewnik, oznacza to, że w latach 1990–1995 najwyższy urząd w Rzeczypospolitej Polskiej piastował człowiek, który w krytycznym momencie historii był w zasadzie... analfabetą.
Prof. Cenckiewicz: „to się nie dzieje”
Na kuriozalną decyzję warszawskiej prokuratury błyskawicznie zareagował prof. Sławomir Cenckiewicz, wybitny historyk i współautor przełomowej monografii „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii”.
Badacz od lat punktujący kłamstwa i nieścisłości w życiorysie byłego prezydenta nie zostawił na orzeczeniu śledczych suchej nitki, wskazując na podwójne standardy i państwową ochronę roztoczoną nad mitologią Wałęsy.
Cenckiewicz przypomniał, że autentyczność podpisów na ponad 50 dokumentach została niezbicie udowodniona przez najwybitniejszych polskich ekspertów od grafologii, a dzisiejsze fikołki prawne mają jedynie na celu uchronienie ikony III RP przed konsekwencjami prawnymi kłamstwa pod przysięgą. W ocenie historyka mamy do czynienia z tak jak jawnym kłamstwem i to stojącym w sprzeczności z wieloma udowodnionymi wcześniej faktami, że to aż niemożliwe. "To się nie dzieje" - napisał Cenckiewicz, gdy przeczytał, że Wałęsa miał być analfabetą i dlatego jego podpisy nie są jego podpisami.
Mitologia ważniejsza od prawdy materialnej
Umorzenie śledztwa przeciwko Wałęsie pod tak absurdalnym pretekstem pokazało po raz kolejny, jak bardzo wymiar sprawiedliwości bywa uwikłany w ochronę polityczno-historycznych mitów. Zamiast twardej egzekucji prawa i prawdy materialnej, Polacy dostali prawnicze usprawiedliwienie, z którego wynika, że głową państwa i symbolem przemian ustrojowych był człowiek niepotrafiący odróżnić własnego charakteru pisma od fałszerstwa.
To nie tylko kompromitacja samych organów ścigania, ale przede wszystkim przykra konstatacja dotycząca stanu polskiego państwa, które w imię ochrony dobrego imienia jednostki woli oficjalnie zrobić z byłego prezydenta analfabetę, niż przyznać, że po prostu kłamał.
źr. wPolsce24 za X






