Umorzenie "Dwóch Wież" – Giertych pluje jadem i szuka spisku, a prokuratura szukała dowodów. I nie znalazła

Pełnomocnik Geralda Birgfellnera, a przy okazji poseł Koalicji Obywatelskiej, wylewa na platformie X swoje polityczne żale. Według niego prokurator Szeroczyńska to "pisowski beton", a jej poprzedniczka Ewa Wrzosek została odsunięta w wyniku "bezczelnej manipulacji" po śmierci Barbary Skrzypek. No i oczywiście najważniejsze: podczas przesłuchania Kaczyńskiego uchylono mu 80% pytań. Skandal! Manipulacja! Bezprecedensowe naruszenie zasad!
Zanim przejdziemy do meritum, warto na chwilę oderwać się od emocji. Roman Giertych to nie jest bezinteresowny obrońca pokrzywdzonego austriackiego biznesmena. To polityk, były wicepremier w rządzie PiS, a obecnie poseł KO. Jego walka z Kaczyńskim ma wymiar nie tylko zawodowy, ale i osobisty – i to od lat. Giertych od zawsze żyje z politycznych sporów, procesów i medialnych awantur. To jego chleb powszedni.
Nic więc dziwnego, że gdy prokuratura umarza śledztwo, on widzi spisek. Gdy uchyla mu się pytania – widzi "czułą opiekę" nad przesłuchiwanym. A gdy zmienia się prokurator – to już w ogóle "wydarzenie bez precedensu w historii polskiej prokuratury". Tylko że Giertych chyba zapomina, że zmiany składów orzekających czy prowadzących śledztwa zdarzają się codziennie. I nie zawsze są efektem politycznej zmowy.
Sama sprawa – czyli dlaczego umorzono?
A sprawa jest dość prosta. Birgfellner twierdził, że zainwestował czas i pieniądze w przygotowanie budowy dwóch wieżowców na działce spółki Srebrna, a potem Kaczyński go "wykorzystał" i nie zapłacił. Tyle że przez lata nie przedstawił żadnych dokumentów potwierdzających poniesione koszty. Prokuratura uznała, że materiał dowodowy nie daje podstaw do postawienia zarzutów. I tyle.
To nie jest "pisowski beton" – to standardowa ocena dowodów w skomplikowanej sprawie gospodarczej. Gdyby dowody były mocne, prokuratura by działała. Nie działała, bo ich nie było.
Giertych zapowiada zażalenie – i Trybunał Konstytucyjny
Mimo wszystko Giertych nie odpuszcza. Zapowiada zażalenie na decyzję o umorzeniu. Ale to nie koniec – wzywa do interwencji Trybunału Konstytucyjnego, oczywiście dopiero po wrześniu 2026 roku, gdy – jak twierdzi – "przywrócone zostanie jego normalne funkcjonowanie". Czyli Trybunał ma zająć się sprawą, gdy będzie już "odbetonowany". Wygodna narracja: dopóki TK jest "pisowski", to nie ma sensu – ale jak się zmieni, to wtedy prokuratura też powinna się zmienić. Tyle że to nie Trybunał Konstytucyjny ma rozstrzygać, czy Birgfellner dostał zapłatę za projekt wieżowców.
Giertych – jako poseł KO i pełnomocnik pokrzywdzonego – jest ostatnim człowiekiem, który może mówić o "obiektywizmie". Jego narracja o "PiS śmiejącym się w twarz" jest po prostu politycznym teatrem, mającym przykryć prosty fakt: w tej sprawie po prostu zabrakło twardych dowodów. A że Giertych nie potrafi przegrać z godnością? Cóż, to nie pierwszy raz i zapewne nie ostatni.
Może zamiast szukać "pisowskiego betonu" wszędzie, warto spojrzeć na rzeczywistość: czasem sprawa jest po prostu słaba, a dowodów nie ma. Ale w narracji Giertycha to zawsze "oni" są winni. I to jest chyba najbardziej przewidywalne w całej tej historii.
źr. wPolsce24 za X/Radio Wnet











