Policjanci "skasowali" mu nowy samochód. Teraz nie przyznają się do spowodowania wypadku

Wypadek miał miejsce 1 stycznia 2026 roku. Pan Daniel wracał z narzeczoną do domu po obejrzeniu pokazu fajerwerków. W rejonie Podolszyc (woj. mazowieckie), na ulicy Wyszogrodzkiej, zauważył leżącego na skrajnym lewym pasie człowieka.
Kierowca postanowił mu pomóc. Aby nikt w niego nie wjechał, zjechał na prawy pas, zatrzymał się i włączył światła awaryjne. W tym samym czasie na prawym pasie zatrzymała się Skoda Superb. Mężczyzna nie zdążył jednak wysiąść z auta.
Uderzył w nich radiowóz
Relacjonuje, że zobaczył w lusterku niebieskie światło, po czym w ich auto uderzył jadący z dużą prędkością samochód. Siła uderzenia była tak duża, że ich auto – które odebrał z salonu dzień wcześniej – obróciło o 180 stopni. Auto, które w nie uderzyło, odbiło się i uszkodziło także Skodę.
Po zderzeniu pan Daniel i jego narzeczona stracili przytomność. Gdy doszli do siebie i otrzymali pierwszą pomoc, zorientował się, że w jego auto wjechał nieoznakowany radiowóz. Policjanci ich wylegitymowali i przesłuchali. Policjanci powiedzieli nam, żebyśmy się nie martwili, bo szkody zostaną pokryte z ubezpieczenia – relacjonuje. Jego ojciec, który pojawił się na miejscu po kilku minutach, twierdzi, że nie rozmawiali w ogóle ze świadkami.
Policja nie bierze na siebie odpowiedzialności
Po wypadku auto trafiło na dodatkową ekspertyzę. Ta wykazała, że pojazd został kompletnie zniszczony. Poszkodowany powiedział Faktowi, że obiecano mu, że po zakończonych czynnościach dostanie dokumentację wraz z numerem polisy. Tak się jednak nie stało i dopiero podczas wizyty na komisariacie przekazano mu ten numer. Mimo tego nie dostał na razie odszkodowania. Ubezpieczyciel odmówił wypłaty odszkodowania, wskazując, że policja nie bierze odpowiedzialności za spowodowanie zdarzenia – powiedział Faktowi.
Mężczyzna twierdzi, że po wypadku policjant przedstawiał zupełnie inny przebieg zdarzeń, niż miał miejsce w rzeczywistości. Najpierw mówił, że to ja zjechałem na pas, którym oni się poruszali. Później twierdzili, że pieszy miał znajdować się przed radiowozem, a oni, by go ominąć, wykonali manewr – twierdzi. Kwestionuje również to, że policjanci mieli jechać na sygnale – według niego mieli włączone tylko sygnały świetlne, ale nie dźwiękowe.
Policjanci na razie milczą
Pan Daniel twierdzi, że do dzisiaj odczuwa skutki tego wypadku. Nie ma też auta, musi je wynajmować albo pożyczać od rodziców. Jest sfrustrowany tym, że policjanci nie chcą wziąć na siebie odpowiedzialności za spowodowanie tego wypadku. Oni teraz umywają ręce. Skasowali mi samochód, byliśmy poturbowani i zrobili z nas świadków, a nie poszkodowanych. Robią tak, by ich ubezpieczyciel nic nam nie wypłacił, a ich koledzy nie ponieśli żadnych konsekwencji – skarży się.
Dziennikarze spytali o ten wypadek komendanta Komendy Miejskiej w Płocku. Wysłali mu kilkanaście pytań, ale od dziesięciu dni nie otrzymali żadnej odpowiedzi. Oni będą milczeć, bo tak im jest wygodnie. Po co mają się wypowiadać. Najlepiej wyciszyć sprawę – skomentował pan Daniel.
źr. wPolsce24 za Fakt









