Niemieckie wojska jednak trafią do Polski? Zaskakujący zwrot sytuacji po interwencji Tuska

Niemiecki chaos decyzyjny. Jeden dzień, dwie sprzeczne wersje
Wokół planowanych na jesień międzynarodowych ćwiczeń wojskowych w Polsce rozegrał się prawdziwy teatr. We wtorek niemieckie media, powołując się na rządowe źródła agencji dpa, ogłosiły kategorycznie: Bundeswehra nie weźmie udziału w manewrach w Polsce. Niemieccy komentatorzy tłumaczyli to ograniczeniami konstytucyjnymi, obawami politycznymi oraz niechęcią do bezpośredniego angażowania się w misje, które w przyszłości mogłyby oznaczać obecność niemieckich butów na ukraińskiej ziemi.
Wystarczyła jednak zaledwie doba, by Berlin gwałtownie zmienił front. W środę rzecznik rządu Stefan Kornelius oficjalnie ogłosił, że Niemcy wezmą udział w ćwiczeniach, a tamtejsze ministerstwo obrony gorączkowo analizuje teraz, jak ten wkład ma w ogóle wyglądać.
Niemiecka klasa polityczna po raz kolejny pokazuje brak zdecydowania, balansując między obawą przed naruszeniem własnego pacyfistycznego status quo a panicznym lękiem przed dyplomatyczną izolacją w Europie.
Czym jest „koalicja chętnych” i dlaczego ćwiczy w Polsce?
Tzw. „koalicja chętnych” to format powołany na początku 2025 roku, zrzeszający obecnie 37 państw (w tym niedawno przyjęte Mołdawię i Macedonię Północną). Jej głównym, mocno kontrowersyjnym celem, ma być przygotowanie wielonarodowych sił pod europejskim dowództwem, które po ewentualnym rozejmie na Ukrainie miałyby wejść tam w celu „zabezpieczenia zawieszenia broni”.
Jesienne manewry, których gospodarzem będzie Polska, mają charakter sztabowy. Oznacza to, że oficerowie będą testować procedury decyzyjne i łańcuchy dowodzenia, bez masowego przemieszczania ciężkiego sprzętu. Głównymi motorami napędowymi tej inicjatywy są Francja (reprezentowana przez prącego do europejskiej autonomii obronnej Emmanuela Macrona) oraz Wielka Brytania.
Francuski bat nad Berlinem. Dlaczego Merz zmienił zdanie?
Trudno nie dostrzec w tym zwrocie Berlina jakiegoś ulegania presji silniejszego partnera z osi parysko-berlińskiej. Jak zauważała niemiecka prasa, m.in. „Sueddeutsche Zeitung”, rząd Friedricha Merza od początku sceptycznie patrzył na ambitne i ryzykowne plany Macrona dotyczące wysyłania wojsk na Wschód.
Jednocześnie Niemcy chcieli uniknąć oskarżeń o „uchylanie się od odpowiedzialności”, choć panicznie boją się uwikłania Bundeswehry w potencjalny konflikt. Dostrzegają też zabiegi polskiego rządu o to, żeby zaangażowanie wojsk francuskich i niemieckich było jak najmocniejsze.
Ostateczna decyzja o dołączeniu do manewrów zapada w cieniu zbliżającego się posiedzenia niemiecko-francuskiej Rady Bezpieczeństwa i Obrony. Berlin najwyraźniej uznał, że pokazanie jedności z Francją jest ważniejsze niż suwerenne trzymanie się pierwotnych, ostrożnych deklaracji.
Polskie bezpieczeństwo a niemiecka chwiejność
Dla Polski, która staje się logistycznym i strategicznym centrum dla tych ćwiczeń, chwiejna postawa Berlina powinna być poważnym ostrzeżeniem. Jeśli w tak podstawowej kwestii jak udział w ćwiczeniach sztabowych niemiecki rząd potrafi zmienić zdanie w 24 godziny pod wpływem presji sojuszników, trudno traktować deklaracje Berlina jako stabilny fundament pod budowę długofatowego bezpieczeństwa w regionie.
Wszelkie decyzje o ewentualnym niemieckim zaangażowaniu i tak będą musiały przejść przez Bundestag, co oznacza, że obecny „zwrot” rządu Merza może być dopiero początkiem kolejnych politycznych tarć za naszą zachodnią granicą.
źr. wPolsce24











