Chcieli dobrze, wyszło jak zwykle, czyli jak sztandarowa reforma Lewicy "uszczęśliwiła" pracowników

Z początkiem roku weszły w życie nowe przepisy, na mocy których do pracowniczego stażu można wreszcie doliczać okresy przepracowane na umowach cywilnoprawnych, prowadzenie własnej działalności czy pracę poza granicami kraju.
Teoretycznie pomysł brzmi szlachetnie – wyższy dodatek stażowy, szybszy dostęp do nagród jubileuszowych i dłuższy urlop. Problem w tym, że politycy Lewicy, na czele z minister rodziny, pracy i polityki społecznej Agnieszką Dziemianowicz-Bąk, zapomnieli o drobnej, lecz kluczowej kwestii: skąd wziąć na to wszystko pieniądze.
Efekt? Żadnych dodatkowych funduszy na realizację politycznych obietnic w budżecie nie przewidziano. Instytucje publiczne zostały zmuszone do sfinansowania nowych uprawnień z dotychczasowych, i tak już napiętych, funduszy płac.
Puste obietnice na koszt pracowników budżetówki
Rządowa propaganda od miesięcy pompowała balon oczekiwań. Szefowa resortu pracy chwaliła się, że to „dobra wiadomość dla milionów pracowników”. Jednak gdy opadł kurz po konferencjach prasowych, do głosu doszła brutalna rzeczywistość.
Zamiast dofinansowania, w budżecie na 2026 rok przewidziano zaledwie 3-procentowy wzrost wynagrodzeń, który w mgnieniu oka został skonsumowany przez nowe zobowiązania stażowe. Przydzielenie wyższych dodatków jednym oznaczało konieczność ścięcia premii i nagród innym. Związkowcy alarmują, że reforma doprowadziła do kuriozalnej sytuacji, w której to pracownicy sami zrzucają się na pomysły lewicowych architektów systemu.
O tym, jak wygląda legislacyjna partyzantka w wykonaniu obecnej koalicji, świadczą wypowiedzi samych przedstawicieli resortu. Podczas niedawnych obrad Rady Dialogu Społecznego wiceminister Sebastian Gajewski rozłożył ręce, tłumacząc, że dokładne oszacowanie skutków finansowych uderzających w budżet było po prostu… trudne. Co ciekawe, ten sam wiceminister przyznał chwilę później, że pojedyncze urzędy potrafiły zliczyć przewidywane koszty w swoich strukturach.
Brak wyobraźni i ignorancję rządzących dosadnie podsumował przewodniczący Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” Piotr Duda: – Jeżeli poszczególne urzędy były w stanie policzyć, ile reforma może kosztować ich pracowników i ich fundusze wynagrodzeń, na podstawie tych danych również ministerstwo mogło próbować oszacować skalę problemu i co za tym idzie kosztów. Jak można wprowadzać reformę, nie wiedząc, ile osób może na niej skorzystać i jakie niesie za sobą skutki finansowe?
Dziel i rządź w zakładach pracy
Sytuacja w urzędach wojewódzkich i jednostkach budżetowych stała się napięta. Kiedy Szefowa Służby Cywilnej oraz urzędy występowały o wsparcie finansowe, odpowiedź ze strony rządowej była odmowna.
Na wrześniowym posiedzeniu RDS bezduszność polityki rządu piętnował zastępca przewodniczącego Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, Bartłomiej Mickiewicz: – Ludzie ze swoich należnych wynagrodzeń finansują reformę, którą wprowadził rząd Rzeczpospolitej Polskiej – mówił oburzony przewodniczący Mickiewicz.
Eksperci związkowi sprawdzili sytuację w terenie. Katarzyna Zimmer-Drabczyk z NSZZ „Solidarność” relacjonowała, że w badanych urzędach wydatki na nagrody jubileuszowe i dodatki stażowe wzrosły do ok. 1 proc. całego funduszu płac. Aby pokryć te obligatoryjne należności, dyrektorzy musieli drastycznie obciąć fundusze uznaniowe. W niektórych miejscach nagrody dla pracowników spadły aż o 500 zł.
Zamiast sprawiedliwości wyszła więc demoralizacja i konflikt wewnętrzny. Jedni zyskują na nowo doliczonym stażu, a drudzy słyszą przy okienku, że z powodu ustawowych nowinek nie dostaną wypracowanej premii. A proces wnikania w historię zatrudnienia potrwa – wnioski można składać aż do końca 2027 roku, co oznacza dalsze głębokie cięcia na nagrodach.
Ministerstwo Finansów umywa ręce
Co na to Ministerstwo Finansów? Standardowo proponuje zaciskanie pasa i "kreatywną księgowość". Hanna Majszczyk podczas posiedzenia RDS oświadczyła wprost, że żadnej rezerwy budżetowej nie będzie. W ocenie resortu finansów urzędy mają sobie radzić same, np. wykorzystując środki ze sporych oszczędności po wakatach czy odchodzących na emeryturę pracownikach. Problem w tym, że przeznaczanie środków z nieobsadzonych etatów na spłatę narzuconych ustawowo długów to tylko maskowanie systemowej katastrofy. To pieniądze, które dotychczas zasilały fundusze premiowe dla urzędników.
Chaos wokół stażu pracy ponownie obnażył niemoc państwa w zarządzaniu sferą publiczną. Aby powstrzymać kolejne nieprzemyślane "eksperymenty" obecnej władzy, Piotr Duda zaapelował o rozpoczęcie pilnych prac nad ponadzakładowym układem zbiorowym pracy dla budżetówki. Tylko twarde, systemowe ramy mogą w przyszłości uchronić Polaków przed kolejną falą "dobrobytu" wprowadzanego na siłę przez lewicowo-liberalnych reformatorów.
Przypomnijmy, co szef Lewicy (do niedawna załatwiający potrzeby fizjologiczne w polu) Włodzimierz Czarzasty mówił 1 maja w Święto Pracy: "Lewica jest stabilnym elementem koalicji 15 października m.in. po to, żeby nikt z rządzących nie mówił o ograniczeniu praw pracowniczych. Proszę zauważyć, że nikt w tej koalicji nie mówi o wyprowadzeniu związków zawodowych z zakładów pracy. Dlaczego tak się dzieje? Dlatego, że Lewica tego pilnuje - stwierdził.
Pracownicy chyba nie są do końca zadowoleni z tego, jak Lewica pilnuje ich interesów.
źr. wPolsce24 za tysol.pl/rmf24.pl









