Liczą, liczą, a wybory tuż-tuż. Lewica nie umie policzyć, ale obiecywać – owszem

Projekt zapowiadany od 2025 roku wciąż nie ujrzał światła dziennego. Rządzący zasłaniają się "przeliczeniami", choć liczenie trwa już trzeci rok. Kulasek nie potrafił wskazać konkretnego terminu wprowadzenia podatku. Zamiast tego padła deklaracja, która wiele mówi o politycznej naturze tego projektu: "W roku wyborczym może się to udać".
Słowa Kulaska to dosadne potwierdzenie, że podatek cyfrowy to nie merytoryczne narzędzie, a przedwyborcza obietnica. Ma być atrakcyjnym hasłem dla wyborców, którzy chętnie usłyszą, że wielkie koncerny wreszcie zapłacą w Polsce podatki. Pytanie tylko, czy ta obietnica zostanie spełniona. Czy może po wyborach znów okaże się, że "trzeba jeszcze przeliczyć"? Doświadczenie ostatnich trzech lat nie napawa optymizmem.
Podatek, który uderzy w konsumentów
Podatek cyfrowy brzmi świetnie w kampanijnych hasłach. Problem w tym, że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Eksperci ostrzegają: wprowadzenie podatku może przełożyć się na wyższe ceny usług dla zwykłych użytkowników. Firmy technologiczne przerzucą koszty na konsumentów lub mniejsze firmy. Doświadczenia innych krajów UE pokazują, że wpływy z podatków cyfrowych są często niższe niż zakładano, a koszty administracyjne i ryzyko sporów handlowych z USA – wyższe.
Trzeci rok liczenia to nie jest już kwestia skomplikowanych wyliczeń. To świadome odwlekanie decyzji, która – jak sami politycy przyznają – ma zapaść dopiero w roku wyborczym. Czy podatek cyfrowy faktycznie zostanie wprowadzony, czy będzie kolejną obietnicą bez pokrycia? Jedno jest pewne – dla wyborców to sygnał, że rządzący traktują ich poważnie tylko wtedy, gdy zbliżają się wybory.
źr. wPolsce24 za X/@Graffiti_PN











