Kierowca uciekł pieszo. Nowy trend na polskich drogach?

W ostatnich dniach podobne zdarzenia odnotowano m.in. w Warszawie i w powiecie legionowskim. W jednym przypadku kierowca mercedesa uderzył w barierki energochłonne w al. Armii Ludowej, porzucił auto i zniknął. W drugim – prowadzący volkswagena dachował, niszcząc baner reklamowy, znaki drogowe i latarnię, po czym również oddalił się pieszo z miejsca kolizji. W obu sytuacjach nie było osób poszkodowanych.
Strach przed konsekwencjami?
Dlaczego kierowcy uciekają, zamiast poczekać na patrol? Eksperci i policjanci nie mają wątpliwości: w większości przypadków nie chodzi o „szok powypadkowy”, ale o strach przed konsekwencjami prawnymi.
Jednym z głównych powodów może być alkohol. Od kilku lat obowiązują w Polsce znacznie surowsze przepisy wobec pijanych kierowców. Jazda z ponad 0,5 promila alkoholu we krwi jest przestępstwem, a w określonych sytuacjach – zwłaszcza przy recydywie – grozi także przepadek pojazdu lub jego równowartości. Dla wielu kierowców to bariera nie do przejścia.
Do tego dochodzą inne możliwe przyczyny: wcześniejsze sądowe zakazy prowadzenia pojazdów, brak uprawnień, ubezpieczenia albo obawa przed odpowiedzialnością finansową za zniszczoną infrastrukturę drogową.
„Zgłoszę się później, byłem w szoku”
Schemat bywa podobny. Kierowca znika, a po kilkunastu lub kilkudziesięciu godzinach zgłasza się na komisariat, tłumacząc, że „był w szoku” albo że to nie on prowadził pojazd w chwili zdarzenia. Problem w tym, że czas działa na jego korzyść – po upływie kilkunastu godzin nie da się już przeprowadzić badania trzeźwości, które miałoby wartość dowodową.
Policja przypomina jednak, że ucieczka z miejsca zdarzenia sama w sobie jest poważnym naruszeniem prawa. Nawet jeśli nie było rannych, kierowca może odpowiadać za spowodowanie kolizji, niezastosowanie się do obowiązku pozostania na miejscu zdarzenia oraz próbę utrudniania postępowania.
Ryzykowna kalkulacja
Choć część kierowców liczy, że „ucieczka się opłaci”, w praktyce jest to ryzykowna kalkulacja. Monitoring miejski, kamery drogowe, zapisy z rejestratorów samochodowych czy ślady biologiczne w pojeździe sprawiają, że ustalenie sprawcy bywa tylko kwestią czasu.
Rosnąca liczba takich zdarzeń pokazuje jednak coś jeszcze: zmieniające się prawo i surowsze kary najwyraźniej skłaniają część kierowców do desperackich decyzji. Zamiast wziąć odpowiedzialność za kolizję, wolą zniknąć z miejsca zdarzenia i liczyć, że „jakoś to będzie”.
Pytanie brzmi: czy to rzeczywiście nowy trend na polskich drogach, czy tylko wierzchołek góry lodowej problemu, który dopiero zaczyna być widoczny?
źr. wPolsce24 za miejskireporter.pl








