„Mam to w d...e”. Szokujące słowa Kacprzyka o aferze w Szpitalu Południowym

To nagranie to kwintesencja arogancji i poczucia bezkarności elit związanych z obecną władzą. Do sieci trafił fragment prowokacji dziennikarskiej przeprowadzonej przez Kanał Zero. Na nagraniu widzimy Dawida Kacprzyka – byłego już działacza KO i radnego dzielnicy, który stał w centrum gigantycznej afery medyczno-politycznej z czerwca 2026 roku.
Dialog z ukrytej kamery wręcz mrozi krew w żyłach swoją bezczelnością. Dziennikarz prowokator zagaja do Kacprzyka:
– Mam wrażenie, że skądś pana kojarzę.
– Z telewizji – odpowiada zadowolony z siebie lekarz.
– A co się działo?
– Ze Szpitala Południowego.
– O co chodziło?
– Afera polityczna.
– Jak się pan czuje z tą aferą?
– Mam to w d...! – rzuca bez zająknienia Kacprzyk.
Miliony dla "swoich" i zgony pacjentów na SOR
Te słowa uderzają jak obuchem, zwłaszcza gdy przypomnimy sobie, czego dokładnie dotyczyła "afera polityczna", którą Kacprzyk ma dziś w tak głębokim poważaniu. W czerwcu 2026 roku opinia publiczna dowiedziała się, co działo się za zamkniętymi drzwiami Szpitala Południowego w Warszawie. Z ustaleń wynikało, że Dawid Kacprzyk, będąc koordynatorem tamtejszego Szpitalnego Oddziału Ratunkowego, wyciągał z publicznej kasy astronomiczne kwoty – jego zarobki przekraczały 1,6 miliona złotych rocznie!
Jednak pieniądze to tylko wierzchołek góry lodowej. Znacznie bardziej przerażające były oskarżenia o katastrofalne błędy medyczne, chaos na oddziale i zaniedbania, które miały prowadzić do zgonów pacjentów. Zwykli ludzie umierali na przepełnionym SOR-ze, podczas gdy – jak informowały media – w tym samym czasie funkcjonowała swoista "ścieżka VIP" dla polityków Koalicji Obywatelskiej, którzy mogli liczyć na błyskawiczną i preferencyjną pomoc lekarską po znajomości.
Prokuratura bada, bohater afery kpi
Pod naciskiem opinii publicznej i twardych dowodów, Kacprzyk musiał ustąpić. Zrezygnował z funkcji w Koalicji Obywatelskiej oraz z mandatu radnego dzielnicy. Co więcej, w ramach desperackiej próby ratowania wizerunku, oddał szpitalowi część gigantycznych pieniędzy, co wielu obserwatorów odebrało jako ciche przyznanie się do winy.
Obecnie sprawą potencjalnych błędów medycznych i nieprawidłowości finansowych zajmuje się prokuratura. Wydawałoby się, że w obliczu tak poważnych zarzutów – w tym tych najcięższych, dotyczących ludzkiego życia – podejrzany zachowa przynajmniej pozory skruchy.
Tymczasem nagranie z ukrytej kamery nie pozostawia złudzeń. Zamiast refleksji, widzimy cyniczny uśmiech człowieka, który uważa, że zasady go nie dotyczą. „Mam to w d...e” – to zdanie to nie tylko splunięcie w twarz rodzinom zmarłych pacjentów. To symboliczny manifest pewnej grupy politycznej, która traktuje państwowe instytucje jak bankomaty, a obywateli – jak zbędny balast.
źr. wPolsce24 za X/Zero









