Padły haniebne oskarżenia. Marszałek Sejmu bez hamulców zaatakował prezydenta

Maszyna propagandowa obozu Donalda Tuska pracuje na najwyższych obrotach. Pretekstem do najnowszego, zmasowanego ataku na prezydenta Karola Nawrockiego stała się jego wizyta w Stanach Zjednoczonych i udział w Polish-American Economic Summit. Sprzyjające rządowi redakcje rozkręciły sztuczną aferę wokół standardowych, komercyjnych pakietów sponsorskich oferowanych przez prywatnego organizatora - Centrum Strategii Rozwojowych.
Szybko i merytorycznie kłamstwa te obaliła Kancelaria Prezydenta. Jak wyjaśnili Błażej Poboży i rzecznik Rafał Leśkiewicz, głowa państwa nie bierze udziału w żadnych płatnych, zamkniętych spotkaniach, a opłaty to po prostu rynkowy standard organizatora (podobnie jak na forach w Karpaczu czy Krynicy, w których chętnie uczestniczy przecież m.in. Donald Tusk).
Fakty jednak nie mają znaczenia dla polityków koalicji rządzącej, którzy poczuli krew. Prym w tej brudnej grze postanowił wieść Włodzimierz Czarzasty.
Odrażająca retoryka drugiej osoby w państwie
Goszcząc na antenie radia TOK FM, lider Lewicy i marszałek Sejmu przekroczył wszelkie granice przyzwoitości. Z absurdalnych zarzutów o „płatny dostęp” do prezydenta, Czarzasty płynnie przeszedł do otwartych insynuacji o najcięższe przestępstwa państwowe. Czarzasty zaczął publicznie gdybać, że skoro rzekomo można zapłacić 100 tys. dolarów za spotkanie, to być może można kupić sobie ustawę. Posunął się wręcz do haniebnego pytania: „Ile kosztuje ułaskawienie? Milion dolarów?”.
Jeżeli rzeczywiście ma to miejsce, to byłaby ewidentna polityczna korupcja. Jeżeli można kupić ustawę, a potencjalnie także ułaskawienie, to pojawia się bardzo poważne pytanie o granice takiego procederu. Jeśli prawdą jest, że ktoś płaci 100 tys. dolarów za możliwość spotkania z prezydentem w cztery oczy, żeby coś załatwić, to bardzo źle świadczy o sytuacji. Pytanie tylko: ile kosztuje ułaskawienie? Milion dolarów?”
Włodzimierz Czarzasty nie jest szeregowym posłem czy internetowym trollem. Jako Marszałek Sejmu jest drugą osobą w państwie. Rzucanie w eter hipotez o handlowaniu ustawami czy ułaskawieniami – bez cienia dowodu – to działanie uderzające w fundamenty państwa. Co więcej, Czarzasty sam kieruje pracami Izby, która te ustawy tworzy.
Rynsztok zamiast analizy
Wypowiedź marszałka obnaża mechanizm działania obecnej władzy. Gdy Kancelaria Prezydenta na spokojnie przedstawia fakty i dementuje manipulacje, druga strona maksymalnie podkręca emocje i rzuca oskarżenia najcięższego kalibru. Przeskakiwanie od opłat konferencyjnych prywatnej fundacji do rzucania tez o „cenniku ułaskawień” w Pałacu Prezydenckim nie ma nic wspólnego z rzetelną analizą sytuacji czy troską o standardy. To prymitywna polityczna gra w warunkach kohabitacji.
W tę samą retorykę wpisali się zresztą inni przedstawiciele rządu. Szczególnie kuriozalna jest postawa Tomasza Siemoniaka – ministra koordynatora służb specjalnych – który zamiast dbać o bezpieczeństwo i powagę państwa, zachowuje się jak agitator, powielając niesprawdzone zarzuty i żądając „wyjaśnień” na podstawie medialnych fejków.
Cel tego frontu jest jeden: zohydzić wizerunek Karola Nawrockiego za wszelką cenę. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że Włodzimierz Czarzasty, próbując uderzyć w prezydenta, tak naprawdę uderzył w powagę sprawowanego przez siebie urzędu. Bo jeśli druga osoba w państwie bez dowodów rzuca oskarżenia o polityczną korupcję na najwyższym szczeblu, to wystawia świadectwo wyłącznie własnym, żałosnym standardom uprawiania polityki.
źr. wPolsce24 za X/TOK FM









