„Czy mam błagać na kolanach?”. Wstrząsająca relacja matki z niepełnosprawnym dzieckiem. Tak wyglądała „pomoc” PKP Intercity

Wszystko działo się 22 sierpnia 2026 roku. Pani Grażyna wraz z niepełnosprawnym dzieckiem oraz starszą matką – również posiadającą orzeczenie o niepełnosprawności – wracała z turnusu rehabilitacyjnego w Złotowie. Jako odpowiedzialny opiekun nie pozostawiła niczego przypadkowi. Podróż pociągiem IC „Zamoyski” (relacji Szczecin – Rzeszów) zaplanowała z wielotygodniowym wyprzedzeniem, zgłaszając i uzyskując oficjalne potwierdzenie asysty PKP Intercity dla osób o ograniczonej sprawności ruchowej.
Spokój pasażerów prysł w Nakle nad Notecią. Pociąg stanął w szczerym polu z powodu powalonego drzewa, które zerwało sieć trakcyjną. Trudne warunki pogodowe to jedno, jednak to, jak spółka zorganizowała pomoc dla podróżnych, zakrawa na skandal.
Odcięci od informacji, zdani na łaskę obcych ludzi
Po dwóch godzinach oczekiwania w wagonie bez jakichkolwiek rzetelnych komunikatów padło lakoniczne polecenie: „Wszyscy wysiadają”. Dla zdrowego człowieka to zwykła niedogodność. Dla kobiety opiekującej się dwójką osób z niepełnosprawnościami na końcu peronu – organizacyjny koszmar.
Obiecana i zatwierdzona asysta? Nie pojawił się nikt. Zgłoszenie na dedykowaną infolinię przewoźnika również zakończyło się fiaskiem – konsultant nie potrafił zrozumieć powagi sytuacji. Rodzinie w opuszczeniu składu pomogli dopiero przypadkowi współpasażerowie.
„Pani jest priorytetem” – a potem krzyk i łzy
Pani Grażyna, zostawiwszy bliskich z bagażami, pobiegła szukać kierownictwa pociągu. Od konduktorki usłyszała zapewnienie: „Pani jest dla mnie priorytetem, pomogę w każdy możliwy sposób, zabiorę panią do pierwszego autobusu”.
Rzeczywistość okazała się zupełnie inna:
Czekaliśmy. Minuty mijały, kolejne grupy pasażerów odchodziły, a my zostaliśmy sami na końcu peronu. Pobiegłam drugi raz. Ta sama Pani Konduktor, tym razem już zirytowana, fuknęła, żebym wracała do wagonu i czekała, pytając, dlaczego w ogóle opuściłam pociąg” – relacjonuje pani Grażyna.
Gdy peron opustoszał, a zmęczone dziecko nie rozumiało narastającego chaosu, zdesperowana matka podbiegła do pracownicy kolei po raz trzeci.
I wtedy pękłam. Szlochając, wewnętrznie zalewając się łzami, zapytałam prosto w oczy kobietę w kolejowym mundurze: „Czy mam panią błagać o pomoc na kolanach?”” – czytamy w dramatycznym liście nadesłanym do naszej redakcji.
Pomogła Straż Miejska, kolejarze kazali „się nie wtrącać”
Gdy zawiodły procedury PKP Intercity, matka w akcie rozpaczy o godzinie 13:37 zadzwoniła po... Straż Miejską w Nakle nad Notecią. Funkcjonariusze zareagowali natychmiast – przyjechali na stację, wykazali się empatią, przenieśli bagaże i pomogli rodzinie przedostać się pod budynek dworca.
Jak zachowała się obsługa pociągu? Kiedy strażnik miejski podszedł do konduktorów, pytając o logistykę dla pozostałych zdezorientowanych podróżnych, usłyszał opryskliwe: „Nie wtrącać się”. Sama pasażerka została z kolei zrugana przez konduktorkę za to, że... śmiała wezwać zewnętrzne służby ratunkowe.
Pani Grażyna zwraca również uwagę na dramatyczny los innego pasażera: w strugach deszczu na peronie pozostawiono mężczyznę poruszającego się na ciężkim wózku elektrycznym. Nim również nikt z kolejowej obsługi się nie zainteresował.
Odyseja w autobusie i ryzykowanie życiem w Warszawie
Zamiast do pierwszego autokaru komunikacji zastępczej, rodzina dostała się dopiero do przedostatniego – i to wyłącznie dzięki wstawiennictwu kierowcy oraz pasażerów. Kolejne godziny upłynęły w pojeździe pozbawionym toalety i dostępu do wody. Co więcej, kierowca autobusu nie został nawet poinformowany przez spółkę o zmianie trasy – według relacji, to pani Grażyna, monitorując aplikację Portal Pasażera i wisząc na telefonie z infolinią, instruowała go, dokąd ma jechać.
Konduktorzy, którzy pojawili się później w tym samym autobusie, nie wykazali cienia zainteresowania niepełnosprawnym dzieckiem ani pasażerem na wózku (którego sprzęt wepchnięto do luku). W Łowiczu po prostu wysiedli i przesiedli się do innego składu, pozostawiając pasażerów własnemu losowi.
Finał podróży okazał się równie niebezpieczny. Zamiast na Dworzec Centralny w Warszawie, autokar dotarł tuż przed godziną 20:00 (zamiast planowej 13:28) na zwykły przystanek miejski przy Dworcu Zachodnim.
Autobus nie miał wjazdu na płyty dworca. Nasze walizki były schowane w luku od strony... pędzących samochodów. Musiałam zostawić niepełnosprawne dziecko na chodniku i ryzykując życie, wyciągać bagaż na ruchliwą jezdnię” – wspomina z goryczą kobieta.
Redakcja wPolsce24 pyta o odpowiedzialność
Sprawa opisana przez panią Grażynę to nie tylko kwestia awarii infrastruktury czy anomalii pogodowych, na które nikt nie ma wpływu. To przede wszystkim porażający obraz znieczulicy, braku elementarnej empatii i całkowitej fikcji procedur, które na papierze mają chronić najbardziej bezbronnych.
Jak to możliwe, że oficjalnie zgłoszona i potwierdzona asysta dla dziecka z niepełnosprawnością pozostała wyłącznie martwym zapisem w systemie? Dlaczego pracownicy publicznego przewoźnika zamiast wsparcia serwują pasażerom arogancję i upokorzenie?
Redakcja skieruje w tej sprawie oficjalne pytania do rzecznika prasowego PKP Intercity.
źr. wPolsce24









