Potężna podwyżka! Węgiel gwałtownie drożeje przed zimą. Właściciele składów załamują ręce: „Przykro mi rozmawiać z ludźmi”

Powrót z letnich urlopów dla tysięcy gospodarstw domowych ogrzewających domy paliwami stałymi okazał się być wyjątkowo bolesnym zderzeniem z rynkiem. Jeszcze na początku miesiąca i w trakcie wakacji sytuacja wydawała się względnie ustabilizowana, a na placach panował spokój.
Prawdziwe trzęsienie ziemi przyniosły jednak ostatnie tygodnie, gdy przed punktami sprzedaży zaczęły ustawiać się kolejki zdezorientowanych klientów.
Bezradność i szok przy kasie
Właściciele lokalnych składów przyznają wprost, że codzienne rozmowy z kupującymi stają się coraz trudniejsze psychicznie. Zwracają uwagę na ogromny dysonans między oczekiwaniami ludzi a realiami, jakie narzuca hurt.
Przykro mi jest rozmawiać z ludźmi, tym bardziej, że ceny są tak wygórowane - relacjonują właściciele punktów dystrybucji opału.
Odbiorcy indywidualni, pamiętając stabilizację z poprzednich miesięcy, liczyli na to, że przed chłodami uda się kupić opał taniej lub chociaż po stawkach z początku wakacji. Gdy jednak ruszyli z zamówieniami, okazało się, że za ten sam surowiec trzeba wyłożyć od kilkuset do nawet tysiąca złotych więcej na tonie, co przy zakupie standardowych 3–4 ton na zimę podbija łączny wydatek gospodarstwa domowego nawet o 1500–2500 zł.
Twarde liczby: setki złotych w górę w zaledwie kilka tygodni
Skala podwyżek uderza w niemal każdy rodzaj opału, a tempo zmian zaskoczyło nawet stałych obserwatorów rynku. Jeszcze na początku miesiąca tona popularnego groszku kosztowała na składach około 1960 zł, podczas gdy obecnie stawki błyskawicznie wzrosły o 200 zł na tonie i przebijają poziom 2160 zł. W przypadku surowca workowanego o wysokiej kaloryczności ceny w wielu miejscach sięgają już 2300–2400 zł za tonę.
Podobny mechanizm widać przy węglu grubym. Tradycyjny orzech, który jeszcze niedawno można było bez trudu dostać w granicach 1450–1550 zł za tonę, zdrożał skokowo o 400–500 zł i na lokalnych placach dochodzi do 1950 zł za tonę.
Prawdziwy szok cenowy dotknął jednak odbiorców biomasy. Certyfikowany pellet drzewny, którego tona kosztowała jeszcze niedawno w granicach 1800–2000 zł, w sprzedaży detalicznej podrożał nawet o 800–1000 zł na tonie, dochodząc miejscami do poziomu 3000 zł. Z analiz Polskiego Alarmu Smogowego wynika, że przy tych stawkach ogrzanie standardowego, 150-metrowego domu pelletem kosztuje już blisko 12 850 zł za sezon, czyli o połowę więcej niż jeszcze rok temu.
Kolejki i walka z uciekającym czasem
Gwałtownie rosnące stawki to jednak tylko część problemu, bo do drożyzny dołączyła logistyczna zadyszka. Ponieważ ogromna część odbiorców odłożyła decyzję o zapełnieniu piwnic na ostatnią chwilę, w punktach dystrybucji doszło do nagłego spiętrzenia zamówień.
W wielu regionach kraju o dostawie z dnia na dzień można już zapomnieć. Standardowy czas oczekiwania na przyjazd wywrotki wydłużył się do kilkunastu dni, a w mniejszych składach, które zmagają się z opóźnieniami w dostawach z kopalń i terminali, pierwsze wolne terminy wyznaczane są dopiero na drugą połowę kolejnego miesiąca.
Skąd bierze się przepaść cenowa?
Kierowcy i właściciele domów często próbują szukać ratunku bezpośrednio u państwowych producentów, porównując lokalne oferty z cennikami w e-sklepie Polskiej Grupy Górniczej. Różnica w kwotach bywa uderzająca, jednak branża tłumaczy ją nieubłaganą ekonomią transportu.
W cenie węgla na lokalnym placu lądują bowiem rosnące stawki przewozów kolejowych i kołowych, opłaty za przeładunek w terminalach, marże pośredników oraz koszty energii i pracy potrzebnej choćby do workowania surowca. Zanim tona surowca trafi z kopalni na posesję w centralnej lub północnej Polsce, jej koszt z tytułu logistyki i marż musi wzrosnąć o kolejne kilkaset złotych.
Przedstawiciele rządu uspokajają wprawdzie, że surowca w kraju nie zabraknie, a wydobycie i zapasy w pełni zabezpieczają krajowe zapotrzebowanie. W oficjalnych komunikatach dominuje przekaz o klasycznej, sezonowej kumulacji popytu. Dla rodzin stojących przed widmem pierwszych przymrozków jest to jednak niewielka pociecha, bo rachunek za ogrzewanie w nadchodzącym sezonie znów drenuje portfele mocniej, niż zakładano.
źr. wPolsce24 za WNP









