Zakazy dla obywateli, przywileje dla elit? Rząd bierze się za e-papierosy i woreczki nikotynowe, ale o własnych nawykach milczy

To jednak nie wszystko. Nowe regulacje przewidują także poważne ograniczenia dotyczące tzw. woreczków nikotynowych – w praktyce oznacza to likwidację większości smakowych wariantów i pozostawienie jedynie tych o smaku tytoniowym.
Oficjalny powód? „Ochrona zdrowia publicznego”, zwłaszcza młodych ludzi.
Brzmi znajomo. Problem w tym, że rzeczywistość – jak zwykle – jest bardziej złożona.
Państwo zakazów
W ostatnich latach obserwujemy wyraźny trend: zamiast edukacji i odpowiedzialności – coraz więcej zakazów. Najpierw ograniczenia smaków, potem kolejne regulacje, teraz całkowity zakaz sprzedaży określonych produktów.
Rząd uzasadnia to troską o zdrowie obywateli. Tyle że ta troska wydaje się wybiórcza.
Bo jeśli naprawdę chodzi o zdrowie – to dlaczego na celowniku są tylko niektóre formy używek?
Niewygodne pytania o konsekwencję
Nie trzeba daleko szukać przykładów. Wystarczy przypomnieć, jak jeszcze niedawno Donald Tusk publicznie zażywał tabakę – produkt, który również zawiera nikotynę i nie jest obojętny dla zdrowia.
Czy w takim razie tabaka także powinna zostać zdelegalizowana? Być może, ale ten sam Donald Tusk wraz z gronem polityków z Pomorza jeszcze w 2012 roku bronił tabaki przed zakusami UE. Komisja Europejska chciała wówczas jej zakazu.
A może chodzi o coś zupełnie innego – o pokazowe działania, które dobrze wyglądają w komunikatach, ale nie dotykają realnego problemu i małostkowe uderzenie w prezydenta, który nie ukrywa zażywania właśnie nikotynowych saszetek?
Zakazy zamiast realnej polityki zdrowotnej
Nie ma wątpliwości, że uzależnienie od nikotyny jest poważnym problemem. Ale czy odpowiedzią musi być wyłącznie administracyjny zakaz?
Eksperci od lat wskazują, że kluczowe są edukacja, profilaktyka i odpowiedzialność społeczna. Tymczasem państwo coraz częściej sięga po najprostsze narzędzie: zakazać, ograniczyć, wyeliminować.
Efekt? Uderzenie nie tylko w producentów czy sprzedawców, ale również w dorosłych obywateli, którzy – zgodnie z prawem – podejmują własne decyzje.
Podwójne standardy
Największy problem nie tkwi jednak w samych przepisach, ale w ich wiarygodności.
Bo trudno przekonywać obywateli do „zdrowego stylu życia”, gdy politycy sami prezentują zupełnie inne standardy. Trudno mówić o konsekwencji, gdy jedne używki są piętnowane, a inne – w zależności od kontekstu – traktowane pobłażliwie.
I wreszcie trudno budować zaufanie do państwa, które jedną ręką wprowadza zakazy, a drugą daje sygnał: „nas to nie dotyczy”.
Dokąd to prowadzi?
Wiele wskazuje na to, że nowe przepisy mogą wejść w życie jeszcze w 2026 roku, choć dokładny termin zależy od procesu legislacyjnego.
Pytanie tylko, czy to rzeczywiście krok w stronę zdrowszego społeczeństwa – czy raczej kolejny przykład polityki opartej na zakazach, wybiórczości i braku konsekwencji. Nie mówiąc już o rosnącej szarej strefie.
Bo jeśli państwo naprawdę chce być traktowane poważnie, powinno zacząć od jednego: stosować te same standardy wobec wszystkich.
Bez wyjątków.
źr. wPolsce24








