Arogancja Niemców przekroczyła granice. Tak potraktowali Lewandowskiego

O sprawie poinformował dziennikarz Mateusz Skwierawski z WP SportoweFakty, który osobiście udał się do dortmundzkiej instytucji. To, co tam zastał, idealnie wpisuje się w stałą narrację tamtejszych elit: sukcesy mają mieć twarz wyłącznie niemiecką, a wkład Polaków w potęgę Bundesligi należy zmarginalizować lub całkowicie przemilczeć.
Mit „niemieckiego nadpiłkarza” nienaruszony
Przypomnijmy fakty, które dla każdego obiektywnego fana futbolu są jasne jak słońce. W sezonie 2020/2021 Robert Lewandowski dokonał rzeczy niemożliwej. Grając w barwach Bayernu Monachium, zdobył aż 41 bramek w jednym sezonie Bundesligi, o jedno trafienie poprawiając legendarny, niemal półwieczny rekord ikony niemieckiego futbolu, Gerda Müllera. Wydawałoby się, że tak epokowe wydarzenie powinno zająć centralne miejsce w muzeum poświęconym historii tych rozgrywek.
Nic z tych rzeczy. Jak relacjonuje Skwierawski, w Dortmundzie próżno szukać oddzielnej, godnej ekspozycji upamiętniającej wyczyn reprezentanta Polski. Co więcej, na stałej wystawie dotyczącej tego konkretnego rekordu brakuje choćby... zwykłego zdjęcia „Lewego”!
Niemcy wolą eksponować pamiątki po zawodnikach, którzy w historii tamtejszej ligi zapisali się znacznie skromniej, jak choćby hiszpański piłkarz Raúl, który w Schalke spędził zaledwie dwa lata. Dlaczego dla niego znalazło się miejsce, a dla autora 23 trofeów dla niemieckich klubów i dziesięciu tytułów mistrzowskich już nie? Odpowiedź wydaje się oczywista: Raúl nie jest Polakiem.
Antypolska retoryka i wymazywanie tożsamości
To ordynarne „wymazywanie” Lewandowskiego to nie przypadek ani niedopatrzenie muzealnych kuratorów. To celowa polityka pamięci. Dla niemieckiej dumy narodowej fakt, że to chłopak z Warszawy zdetronizował ich największego piłkarskiego boga, „Der Bombera”, do dziś pozostaje niezagojoną raną i upokorzeniem. Przez lata niemieckie media, na czele z podsycanym przez tamtejszych ekspertów szowinizmem, próbowały umniejszać sukcesy Lewandowskiego. Gdy grał za Odrą, regularnie wypominano mu narodowość, a gdy odchodził do Barcelony, wylano na niego kubły pomyj.
Dzisiejsza postawa muzeum w Dortmundzie to po prostu kontynuacja tej samej, antypolskiej retoryki – tym razem w białych rękawiczkach, poprzez przemilczenie.
W stałej ekspozycji muzeum, mimo upływu lat i kolejnych setek tysięcy przewijających się turystów, nic nie wskazuje na zmiany. „Typowe dla Niemców” – komentują internauci w mediach społecznościowych, i trudno nie przyznać im racji. To klasyczny przejaw niemieckiej arogancji: jeśli rzeczywistość nie pasuje do mitu o niemieckiej dominacji, tym gorzej dla rzeczywistości.
Próżno szukać polskich nazwisk
Niemieckie Muzeum Piłki Nożnej potrafi celebrować multikulturowość i chętnie chwali się zawodnikami o egzotycznych korzeniach, o ile tylko reprezentują oni barwy Bundesrepubliki. Jednak polskie nazwiska, które przez dekady budowały potęgę takich klubów jak Borussia Dortmund (gdzie przecież obok Lewandowskiego grali Łukasz Piszczek i Jakub Błaszczykowski) czy Bayern, są spychane w mrok niepamięci. Polacy mają być tam jedynie trybikami w maszynie, tanią siłą roboczą, która ma wykonywać zadania, ale nie ma prawa stać na najwyższym stopniu podium w niemieckiej świadomości historycznej.
Ta sytuacja powinna być dla nas lekcją. Niemcy nie zmienili swojego protekcjonalnego podejścia do Polski i Polaków. Mogą nas klepać po plecach na politycznych salonach w Brukseli, ale gdy w grę wchodzi narodowa duma i historyczne zasługi, bez mrugnięcia okiem wymażą z podręczników i muzeów każdego Polaka, który okazał się od nich lepszy.
Robert Lewandowski pobił ich rekord na boisku, ale w świecie niemieckiej propagandy to Gerd Müller wciąż musi pozostać niedoścignionym ideałem.
źr. wPolsce24 za sportowefakty.pl











