Warszawa drugim Londynem? Jest szansa na wielki projekt cywilizacyjny, ale czy rządzący znowu tego nie zepsują?

Każdy, kto choć raz odwiedził South Kensington w Londynie, wie, czym jest Natural History Museum – to nie tylko monumentalny gmach i miliony zachwyconych turystów rocznie, ale przede wszystkim potężne narzędzie budowania prestiżu państwa, edukacji młodego pokolenia i dowód na cywilizacyjny rozmach.
Tymczasem Polska, blisko 40-milionowy kraj w sercu Europy, pozostaje jednym z nielicznych dużych państw kontynentu, które nie posiadają narodowego Muzeum Historii Naturalnej. I to przecież, przy tak wielkiej tradycji i sławie naszych archeologów. To wstydliwe zaniechanie, które ciągnie się jeszcze od czasów II Rzeczypospolitej.
Skarby ukryte w piwnicach
Jak poinformowała Polska Akademia Nauk, wykonano wreszcie kolejny krok. Powołano Komitet Honorowy, w którym znaleźli się naukowcy, popularyzatorzy i ludzie kultury (m.in. prof. Jerzy Dzik, prof. Michał Kleiber czy prof. Ewa Bartnik). Prezes PAN prof. Marek Konarzewski stawia sprawę jasno: czas nadrobić wieloletnie zapóźnienia.
Co najważniejsze – w przeciwieństwie do wielu „papierowych” projektów, my naprawdę mamy co pokazać:
-
Czaszki dinozaurów z pustyni Gobi – efekt legendarnych polskich wypraw paleontologicznych pod kierownictwem prof. Zofii Kielan-Jaworowskiej, które do dziś budzą podziw na całym świecie.
-
Szczątki „Smoka wawelskiego” z Lisowic – potężnego drapieżnika z późnego triasu, odkrytego przez naszych badaczy.
-
Meteoryt łowicki sprzed 4,5 miliarda lat.
-
Setki tysięcy unikatowych okazów fauny i flory, które zamiast zachwycać miliony dzieci i turystów, leżą poupychane w magazynach i instytutowych piwnicach.
Połączenie tych rozproszonych zbiorów pod jednym dachem mogłoby stworzyć placówkę, która przyciągałaby gości z całej Europy Środkowo-Wschodniej. Warszawa ma szansę na własne centrum nauki i tożsamości przyrodniczej, które realnie konkurowałoby z Londynem czy Berlinem.
Czy znowu wygra mentalność „niedasizmu”?
Wizje są piękne, jednak entuzjazm natychmiast zderza się z brutalną polską rzeczywistością. Budowa gmachu o takiej skali to operacja wymagająca potężnych nakładów finansowych, żelaznej woli politycznej i sprawnego zarządzania państwem.
I tu pojawia się uzasadniony sceptycyzm. Historia III RP uczy, że ilekroć pojawia się szansa na wielki, strategiczny projekt – czy to infrastrukturalny, czy naukowo-kulturalny – nagle w kręgach władzy, szczególnie tych wokół Donalda Tuska, pojawiają się głosy o „przeskalowaniu”, „braku środków” lub konieczności „audytów”, które ciągną się w nieskończoność. Zamiast rozmachu dostajemy biurokrację, zamiast dumy narodowej – prowizorkę.
Jeżeli rząd potraktuje ten projekt po macoszemu, zepchnie go na margines budżetowy albo uzna, że „wystarczy skromna salka wystawowa”, po raz kolejny wyjdzie jak zawsze. Polacy zamiast nowoczesnej instytucji na miarę Londynu dostaną kolejną zmarnowaną szansę.
Inicjatywa PAN to sprawdzian dla obecnych decydentów: czy stać nas na myślenie w kategoriach wielkich narodowych inwestycji, czy polskie skarby natury dalej będą pokrywać się kurzem w magazynach? Czas przeciąć ten marazm.
źr. wPolsce24 za PAN









