Tusk komentuje spór między Polską a Ukrainą i mówi o „nacjonalistycznych wariatach”. Kogo miał na myśli?

Wizyta premiera Tuska na uroczystości uruchomienia stacji elektroenergetycznej 400 kV Choczewo miała być - z założenia - stricte gospodarskim punktem w kalendarzu szefa rządu. Premier chciał się polansować na inwestycji, którą rozpoczął Daniel Obajtek (którego środowisko Koalicji Obywatelskiej odsądzało i odsądza od czci i wiary). Nie byłby sobą, gdyby nawet podczas takiej rutynowej wizyty nie wypowiedział się na temat swoich politycznych oponentów.
Pytany przez dziennikarzy o konflikt dyplomatyczny między Polską a Ukrainą, kolejny raz wybrał antagonizowanie z obozem prezydenckim i zaprezentował optykę... dość odległą od polskiej racji stanu.
Mieliśmy świadomość od samego początku, że aktywni tu będą nacjonalistyczni wariaci po obu stronach” – wypalił Tusk, pytany o spory wokół kultu UPA i blokady ekshumacji ofiar rzezi wołyńskiej.
Czy uderzył w ten sposób w Głowę Państwa? Trudno czytać to inaczej, choć oczywiście bez wątpienia liderzy lewicowo-liberalnej opinii publicznej już przekonują, iż „szef rządu mówił o środowiskach skrajnych i internetowych prowokatorach, którzy dają paliwo rosyjskiej machinie dezinformacyjnej”.
Jedocześnie, chyba nawet sam Tusk przestraszył się swojej wypowiedzi, bo za chwilę uznał, żeby prezydenta RP… jednak pochwalić. Premier zadeklarował, że sam fakt spotkania Nawrocki-Zełenski, do którego doszło w Ankarze, ocenia „bardzo pozytywnie”.
Zdaniem Tuska, publiczne deklaracje obu prezydentów dowodzą, że w Pałacu Prezydenckim oraz w Kijowie istnieje jasna świadomość, iż „kryzys zaszedł za daleko, szkodzi Polsce i Ukrainie”.
Szef rządu co prawda nie nazwał spraw po imieniu i nie przyznał, kto rozpoczął ten konflikt, ale zauważył, że na napięciach zyskują wyłącznie Rosjanie, którzy „zacierają ręce”, widząc destabilizację relacji między sąsiadami.
Czyżby Tusk już nie chciałby być uznawany za „ich człowieka w Polsce”?
źr. wPolsce24











