„Knajacki styl bycia” i salonowe układy. Leszek Miller bezlitośnie obnaża Włodzimierza Czarzastego

Od salonów do stodoły
Słowa Leszka Millera uderzają przede wszystkim w osobistą kulturę i sposób funkcjonowania Czarzastego w przestrzeni publicznej. Były premier nie gryzł się w język:
On ma knajacki typ bycia, on traktuje tak wszystkich, również kobiety, które się skarżyły wielokrotnie... On ma taki styl bycia: wyjść za stodołę, zrobić, co trzeba, i wrócić.”
Miller poszedł o krok dalej, jednoznacznie kwestionując kompetencje polityka do pełnienia kluczowych funkcji państwowych. Jak stwierdził, Czarzasty po prostu „nie nadaje się na marszałka”, a sam unika wymawiania jego nazwiska, bo w głowie staje mu jedynie obraz polityka „na polu w kucki”.
Wbrew pozorom nie była to jedynie przypadkowa złośliwość, lecz perfekcyjnie wymierzona riposta. Miller bezlitośnie obrócił przeciwko Czarzastemu jego własne, głośne i skrajnie naturalistyczne wyznanie o realiach Polski sprzed wejścia do Unii Europejskiej, gdy ten bez ogródek wypalił w mediach, że dawniej „srał w polu, bo nie było kibli”. Były premier dokonał zręcznej operacji wizerunkowej: tam, gdzie Czarzasty próbował barwnie zilustrować dawne zapóźnienie infrastrukturalne kraju, Miller dostrzegł trwały stan umysłu i brak elementarnej ogłady. W ten sposób fizjologiczne wspomnienie lidera lewicy wróciło do niego jak bumerang, stając się druzgocącym argumentem na poparcie tezy, że człowiek o takiej mentalności po prostu nie nadaje się na marszałka polskiego Sejmu.
Etykieta „Tuskowego komunisty”
W sieci natychmiast pojawiły się liczne komentarze internautów i publicystów, dla których ocena Millera stanowi idealną pointę dla kariery Czarzastego. Określany często bez znieczulenia mianem „Tuskowego komunisty”, polityk ten stał się kluczowym elementem obecnej układanki parlamentarnej i koalicyjnej Donalda Tuska.
Dla krytyków Czarzastego sytuacja ta jest wyjątkowo jaskrawa: z jednej strony obecna większość rządząca deklaruje walkę o najwyższe standardy praworządności, szacunek dla instytucji, a przede wszystkim prawa kobiet i walkę z agresją słowną. Z drugiej strony na eksponowanym stanowisku marszałkowskim zasiada człowiek, któremu – według relacji jego dawnego partyjnego szefa – zarzuca się agresywne, knajackie traktowanie współpracowników oraz protekcjonalne i wulgarne zachowania wobec kobiet.
Hipokryzja na lewicy
Szczególnie dotkliwy w wypowiedzi Millera jest wątek skarg kobiet. W formacji, która uczyniła z równouprawnienia i walki z przemocą werbalną swój główny sztandar, takie oskarżenia z ust ikony polskiej lewicy powinny wywołać trzęsienie ziemi. Zamiast tego obserwujemy polityczną zmowę milczenia – Czarzasty jest bowiem zbyt cennym spoiwem koalicji, by ktokolwiek z koalicyjnych partnerów odważył się publicznie zapytać o standardy panujące w jego gabinetach.
Wystąpienie Leszka Millera zerwało jednak tę fasadę. Zamiast męża stanu i arbitra sejmowych sporów, opinia publiczna dostała obraz polityka zepchniętego do metafory „za stodołą” – bez kultury, bez klasy i bez kwalifikacji moralnych do pełnienia jednej z najważniejszych funkcji w państwie.
źr. wPolsce24 za Zero/X









