Kolesiostwo w MON kosztem bezpieczeństwa państwa. Brat byłego ministra odwołany. W tle kompromitacja z dronami i miękkie lądowanie w Brukseli

Bezpieczeństwo Rzeczypospolitej i modernizacja Sił Zbrojnych RP po raz kolejny stały się zakładnikami układów politycznych koalicji 13 grudnia. Z informacji docierających z Ministerstwa Obrony Narodowej wynika, że z końcem września gen. Mirosław Bodnar przestanie kierować Inspektoratem Systemów Bezzałogowych. Oficjalnym powodem dymisji jest głębokie niezadowolenie kierownictwa resortu z efektów jego pracy.
Prawda o tej nominacji obnaża jednak amatorstwo i cynizm rządzących w sprawach obronności kraju. A wszystko to w czasie zagrożenia ze strony Rosji, o którym wciąć mówi Tusk.
Polityczny awans zamiast kompetencji
Jak wynika z ustaleń dziennikarzy, kariera gen. Bodnara – obejmująca wcześniej służbę logistyczną i w pionie obrony powietrznej – nie miała nic wspólnego ze specjalizacją w dziedzinie bezzałogowych systemów uzbrojenia. Decyzja o postawieniu go na czele kluczowego inspektoratu miała charakter czysto polityczny. Klucz do tej nominacji leżał w nazwisku: brat oficera, Adam Bodnar, piastował wówczas stanowisko ministra sprawiedliwości w gabinecie Donalda Tuska.
Choć resort dysponował kandydaturami oficerów faktycznie zaznajomionych z nowoczesną technologią dronową, przeważyć miały względy politycznego kolesiostwa. Co więcej, jak przypominają źródła, stopień generalski Bodnar otrzymał w sierpniu 2024 roku z rąk prezydenta Andrzeja Dudy, czemu – co niezwykle wymowne – sprzeciwiało się wówczas Biuro Bezpieczeństwa Narodowego. Prezydent jednak nie chciał zaogniać konfliktu z rządem i MON, które rekomendowało awans oficera.
„Szukanie natchnienia” zamiast strategii
Efekty ponad dwuletniej kadencji gen. Bodnara są opłakane. Wojskowi nie pozostawiają na decyzjach resortu suchej nitki, wskazując, że polscy żołnierze wciąż nie mają odpowiedniego sprzętu, a dowództwo nie wypracowało żadnej spójnej strategii wdrażania dronów – kluczowego elementu współczesnego pola walki, co doskonale widać na przykładzie wojny na Ukrainie.
Szczególnie drastycznie brzmi relacja podoficera wojsk specjalnych. Kiedy żołnierze oczekiwali od dowódcy konkretnej wizji rozwoju wojsk bezzałogowych, gen. Bodnar podczas wizytacji w jednostkach oświadczył wprost, że… „szuka natchnienia” u podwładnych.
Ręce nam opadły. To przecież on miał nam przedstawić wizję rozwoju dronów w wojsku – relokował rozgoryczony podoficer w rozmowie z mediami.
Dwa stracone lata dla polskiej obronności
Krytyki nie kryją także inni wojskowi, którzy wprost wytykają hipokryzję obecnej władzy.
Gen. Bodnar nie miał żadnej wiedzy w zakresie dronów w momencie wyznaczania go na to stanowisko. Miał za to brata na stanowisku ministra sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska. Po dwóch latach okazało się, że koneksje polityczne to za mało, by skutecznie wdrażać nowoczesne technologie i bezzałogowe środki walki w armii. Polityczna nominacja Bodnara kosztowała nas dwa lata. Straconego w ten sposób czasu już nie nadrobimy – podsumowuje w rozmowie z portalem onet, oficer znający kulisy funkcjonowania wojsk dronowych.
Za niekompetencję i polityczne przetasowania płaci polskie państwo. Czas, w którym armia powinna skokowo nadrabiać zaległości technologiczne w obliczu rosnącego zagrożenia ze strony Rosji, został bezpowrotnie zmarnowany na realizację partyjnych synekur.
Co najbardziej oburzające, system nie zostawia swoich – gen. Bodnar nie poniesie realnych konsekwencji swoich zaniedbań. Jak przekonują dziennikarze wp.pl i Onetu, zamiast dymisji w niesławie, ma on trafić na lukratywną synekurę do polskiego przedstawicielstwa wojskowego przy NATO i Unii Europejskiej w Brukseli. Obywatele pytają: czy bezpieczeństwo Polski ma być dłużej poligonem doświadczalnym dla kolesiów z politycznego nadania?
źr. wPolsce24 za Onet.pl, wp.pl









