Lech Wałęsa jako Zbawiciel na obrazie "Ostatniej Wieczerzy". O krok za daleko w kreowaniu legendy?

Na oprawionym w ramy obrazie widzimy ewidentną wariację na temat "Ostatniej Wieczerzy". W centrum kompozycji, w miejscu tradycyjnie zarezerwowanym dla Zbawiciela, zasiada postać z charakterystycznym wąsem, do złudzenia przypominająca byłego prezydenta. Co więcej, w oknach za jego plecami, zamiast klasycznego krajobrazu, dumnie prężą się stoczniowe dźwigi.
Zdjęcie w sieci umieścił Janusz Palikot, który do swojej fotografii z Lechem Wałęsą dołożył wpis:
Bohater Polski tych lat , tej dekady jest jeden. On przetrwa a my przeminiemy.
Skromność Wałęsy
Aby w pełni docenić rozmach tej "niezwykle skromnej" przeróbki, warto przypomnieć sobie, do czego właściwie nawiązuje. Oryginalna "Ostatnia Wieczerza" to monumentalne malowidło ścienne autorstwa Leonarda da Vinci, zdobiące refektarz klasztoru przy bazylice Santa Maria delle Grazie w Mediolanie.
Powstałe pod koniec XV wieku arcydzieło ukazuje dramatyczny moment z Nowego Testamentu, tuż po tym, jak Jezus ogłasza apostołom: "Jeden z was mnie zdradzi". W oryginale Chrystus jest oazą spokoju pośród wzburzonych uczniów, stanowiąc zarówno centralny punkt perspektywy malarskiej, jak i symbol najwyższego poświęcenia.
Wieczerza z wąsem
W wersji "gdańskiej" perspektywa zdaje się zbiegać na wąsie, a boskie poświęcenie nabiera zupełnie nowego, związkowego wymiaru. Zastąpienie Syna Bożego własną osobą w jednym z najważniejszych dzieł sztuki chrześcijańskiej to ruch tak śmiały, że aż groteskowy.
Zmusza to widza do zadania sobie fascynujących pytań: kto na tym obrazie wcielił się w rolę Judasza? Czy zamiast chleba i wina na stole łamano się regulaminem strajkowym? I czy to na pewno "Ostatnia Wieczerza", czy może po prostu burzliwe posiedzenie prezydium Solidarności, na którym ktoś za głośno krzyknął "nie chcem, ale muszem"?
Trzeba przyznać, że wkomponowanie stoczniowych dźwigów w ramy renesansowych okien to intrygujący zabieg artystyczny. Całokształt zdaje się jednak sugerować, że ego głównego bohatera mogłoby z powodzeniem zastąpić te same dźwigi w przenoszeniu najcięższych kontenerów. Sakralizacja własnej osoby we własnym biurze to jednak gruba przesada, choć jeśli kogokolwiek w Polsce moglibyśmy o to podejrzewać, to bez wątpienia właśnie Wałęsę.
źr. wPolsce24 za X









